Giń przebrzydły reakcjonisto!

Opowieści
Typography

W nocy z 17 na 18 marca 1948 roku funkcjonariusz ostródzkiego UB z zimną krwią zastrzelił kierownika hotelu „Ludowiec” (późniejszy hotel „Drwęcki”, ostatnio hotel „Hindenburg” przy ulicy Mickiewicza). Sprawę w trybie doraźnym na sesji wyjazdowej w Ostródzie rozpatrywał Wojskowy Sąd Rejonowy z Olsztyna.

W kilka lat po objęciu przez administrację polską rządów na Warmii i Mazurach lawinowo wzrosła liczba przestępstw popełnianych przez funkcjonariuszy Milicji Obywatelskiej i Służby Bezpieczeństwa Publicznego. Działo się tak z różnych powodów, ale chyba najistotniejszy był fakt, że w szeregi „zbrojnego ramienia władzy” najczęściej wstępowali ludzie zupełnie przypadkowi, szukający szansy awansu ze społecznych nizin, o prawie zerowym poziomie wykształcenia, młodzi, zdemoralizowani przez wojnę i okupację. Jedynym atutem, jakim mogli się pochwalić było tylko słuszne – robotnicze lub chłopskie pochodzenie. W tym miejscu zwrócić trzeba też uwagę na nagminnie występujące w formacjach MO i SB pijaństwo, jako – rzec by można – swoistą normę obyczajową, najprostszy sposób rozładowywania stresów, które niosła ze sobą służba. Alkohol był powszechnie nadużywany przez funkcjonariuszy milicji i bezpieki, a większość przestępstw kryminalnych popełniano w stanie upojenia. Kradzieże, gwałty, zabójstwa, ale też niezwykłe zwyrodnialstwo, jakie uwidoczniało się zwłaszcza u „rycerzy rewolucji” – jak zwykli o sobie z dumą mawiać ubecy. Warto dodać, iż stan zamroczenia alkoholowego był też najczęstszą, najprostszą, a jednocześnie najskuteczniejszą linią obrony w procesach sądowych, bowiem popełnienie przestępstwa pod wpływem alkoholu traktowano wówczas jako okoliczność łagodzącą.

Zjawisko przestępczości wśród tych, którzy z definicji dbać mieli o porządek i bezpieczeństwo obywateli osiągnęło taki poziom, że wojewoda olsztyński Zygmunt Robel zmuszony był wydać 21 czerwca 1946 roku specjalny okólnik, w którym nakazywał starostom, organizacjom samorządowym i osiedleńcom natychmiastowe meldowanie o każdym zaistniałym przypadku samowoli funkcjonariuszy bezpieki prokuraturze wojskowej oraz Wydziałowi Inspekcji Starostw. I jakkolwiek proceder ten z czasem znacznie ukrócono, to jednakże kryminalna przestępczość członków formacji siłowych stale miała miejsce.

Postępowanie w sprawie przestępstw popełnianych przez funkcjonariuszy UB i MO prowadziły sekcje specjalne Urzędów Bezpieczeństwa Publicznego i komend Milicji Obywatelskiej – swego rodzaju wewnętrzny kontrwywiad. Ale wiadomo, że „kruk krukowi oka nie wykole”. Śledztwa ślimaczyły się, ciągnęły miesiącami, występowała tendencja do ich tuszowania, załatwiania na drodze dyscyplinarnej, a nie kierowania do sądu. Jeśli już jakaś sprawa trafiła na wokandę wojskowego sądu rejonowego, wyroki orzeczone wobec funkcjonariuszy służb siłowych były, w porównaniu z orzeczeniami w sprawach osób cywilnych, daleko łagodniejsze. Sąd uwzględniał młody wiek oskarżonych, tragiczne doświadczenia wojny i okupacji, jakie były ich udziałem, przede wszystkim zaś pochodzenie klasowe oraz „zaangażowanie po stronie demokracji”. Jednym z nielicznych wyjątków był surowy wyrok Wojskowego Sądu Rejonowego w Olsztynie w sprawie zbrodni popełnionej nocą z 17 na 18 marca 1948 roku w Ostródzie.

Przy sobocie po robocie

Tego dnia wypadały imieniny Zbigniewa i solenizant po staropolsku zadbał o swoich kolegów z pracy. Do siedziby Powiatowego Urzędu Bezpieczeństwa Publicznego w Ostródzie przyniósł wszystko, co trzeba: wędlinę, kwaszone ogórki, chleb i bimber. Dużo bimbru. Był nawet poniemiecki patefon na korbkę i płyty z radziecką muzyką wojskową. Pić zaczęli zaraz po południu, kiedy z terenu wróciła większość funkcjonariuszy. Sam solenizant, kapral Zbigniew Wichman, nie dotrwał do końca imprezy. Padł około godziny 16 i posłusznie dał się odprowadzić żonie do domu. Powoli też wykruszyli się pozostali biesiadnicy. Do wieczora wytrzymało tylko czterech najmłodszych, sami kawalerowie, wśród nich niespełna dwudziestoletni referent operacyjny Leonard Piechola, przez kolegów zwany „Lolo Komboj” (uwaga dla korekty: to nie jest literówka, tak go właśnie nazywali).

Nie wiadomo, kto rzucił hasło, żeby pójść „w miasto” i kontynuować imprezę. Do „Ludowca” dotarli tylko w trójkę, bo po drodze plutonowy Kamil Brzeszcze rozmyślił się i oświadczył, że idzie spać. W hotelowym bufecie wypili po trzy kolejki wódki i wtedy Piechola postanowił pograć w bilard. Obserwujący jego nieudolne poczynania przy stole, kierownik hotelu Józef Skrzypkowiak nie szczędził mu ironicznych i obraźliwych uwag. Według aktu oskarżenia Piechola wyjął wtedy pistolet i nic nie mówiąc strzelił Skrzypkowiakowi w pierś, w okolice mostka. Po pół godzinie, na skutek krwotoku wewnętrznego, kierownik hotelu zmarł. Wtedy Leonard Piechola jakby nagle wytrzeźwiał i – jak opowiadali potem świadkowie – czyniąc dramatyczne gesty zasymulował nieudolną próbę samobójstwa, raniąc się powierzchownie w okolice lewego obojczyka. Był to drugi, ostatni strzał oddany tej feralnej nocy w hotelu „Ludowiec”.

Ofiara zabójstwa, przeszło pięćdziesięcioletni Józef Skrzypkowiak, był przedwojennym oficerem polskiego wojska. Dumny i wyniosły, nie ukrywał swojej niechęci dla nowego ustroju i pogardy dla służących mu „pożal się Boże policmajstrów”. Ostentacyjnie nosił sanacyjny mundur z dystynkcjami porucznika i przy każdej okazji nie szczędził słów krytyki poczynaniom nowej władzy. Członek PSL, stanowisko kierownika hotelu objął jeszcze przed sfałszowanymi wyborami z 1947 roku. Po ucieczce z kraju Mikołajczyka znalazł się na celowniku ostródzkiej ubecji.

Jego morderca, niewiele ponad dziewiętnastoletni Leonard Piechola, przyjechał do Ostródy z Pruszkowa, wraz z pierwszą grupą kolejarzy uruchamiających Zakłady Naprawcze Taboru Kolejowego. Nie bardzo widział siebie w usmarowanym kombinezonie przy tokarce, dlatego zgłosił swój akces do tworzącej się wtedy w mieście struktury służby bezpieczeństwa. Był młody i gorliwy, podatny na komunistyczną indoktrynację, dlatego wpadł w oko komendantowi i mimo braków w wykształceniu – ukończył zaledwie 7 klas szkoły powszechnej - szybko awansował w ubeckiej hierarchii. Otrzymał nawet służbowy pistolet, co było rzadkością, gdyż prawo do noszenia broni krótkiej mieli wtedy tylko oficerowie. Szczerze nienawidził „reakcjonisty” Józefa Skrzypkowiaka, który niejednokrotnie kpił sobie z jego prostackich manier.

Lolo broni się sam

Na rozprawie pokazowej dla funkcjonariuszy UB, która odbyła się w trybie doraźnym na sesji wyjazdowej w Ostródzie 21 maja 1948 roku, zabójca, poinstruowany zapewne przez swoich zwierzchników, wiedział, jaką przyjąć najkorzystniejszą dla siebie linię obrony. Oto cytaty z protokołu WSR w Olsztynie: „(...) zaczepił mnie Skrzypkowiak, pytając, z jakich jestem stron. Odpowiedziałem, że z Pruszkowa, na co powiedział: - Wyglądasz na takiego, bo nie umiesz nawet kija bilardowego trzymać. Powiedziałem: - Obywatelu, czy jak przyjdzie gość, to trzeba mu zwracać uwagę? Wtedy powiedział: - Ja nie jestem żadnym obywatelem. Na co powiedziałem: - W takim razie, panie kierowniku, ja nie mam przyjemności z panem rozmawiać. Skrzypkowiak wtedy uniósł się i powiedział: - Ty nie masz przyjemności ze mną rozmawiać, ty nie wiesz, kim ja jestem – przedwojennym oficerem, który mógłby być twoim ojcem. Ja wtedy powiedziałem, że ty, że był przedwojennym oficerem , to nie ma czym się szczycić, bo co innego jest stopień oficerski zdobyty za czasów demokratycznych. Skrzypkowiak wtedy powiedział: - Nim ty zdobędziesz stopień oficerski, to jeszcze dużo wody upłynie, ale nie trzeba być takim mocnym, a lepiej pójść do kościoła i pomodlić się, to byś wtedy się odmienił i wszedł w inną skórę, ale prawda, wy przecież nie wierzycie. (...) i pokazując na swoją prawą rękę powiedział – Popamiętasz ty tę rękę, ty komunisto i z tej ręki zginiesz. Bardzo się tą rozmową zdenerwowałem – wyciągnąłem pistolet i strzeliłem, mówiąc: - Jeżeli zginę to honorowo, a nie z ręki reakcjonisty. Byłem w tej rozmowie w takim napięciu nerwowym, że nie wiedziałem, co robię i zupełnie nie zdawałem sobie sprawy. (...) To, że Skrzypkowiak natrząsał się ze mnie , że nie umiem grać w bilard, wcale mnie nie wzburzyło, dopiero jak naruszył moje przekonania polityczne, gdy mówił ty komunisto, pachołku Stalina”.

Wojskowy Sąd Rejonowy w Olsztynie wprawdzie skazał Leonarda Piecholę na karę dożywotniego więzienia  i utratę praw publicznych i obywatelskich praw honorowych na 5 lat, lecz na mocy amnestii z 1952 roku karę złagodzono do 12lat pozbawienia wolności. Piechola został warunkowo zwolniony z więzienia 15 marca 1955 roku, po odsiedzeniu zaledwie 7 lat z dożywotniego początkowo wyroku. Wyjechał podobno na Śląsk.

Przy zbieraniu materiałów korzystałem z książki Bohdana Łukaszewicza p.t. „Wojskowy Sąd Rejonowy w Olsztynie 1946-1995”.

zgoda
Ta strona używa plików cookie w celu usprawnienia i ułatwienia dostępu do serwisu. Dalsze korzystanie z tej witryny oznacza akceptację tego stanu rzeczy.
Możesz samodzielnie decydować o tym czy, jakie i przez jakie witryny pliki cookie mogą być zamieszczana na Twoim urządzeniu. Przeczytaj: jak wyłączyć pliki cookie. Szczgółowe informacje na temat wykorzystania plików cookie znajdziesz w Polityce Cookie.