Terroryści w Ostródzie

Rozmaitości
Typography

W październiku 1932r. członek ostródzkiej komórki SA (bojówek partyjnych NSDAP Adolfa Hitlera) podłożył bombę pod mieszącym się pod numerem 11 przy Starym Rynku sklepem konfekcyjnym Modebazar Lonky, prowadzonym przez żydówkę Paulę Garfunkel. Na szczęście tym razem nie doszło do tragedii. Ładunek wybuchowy znalazł wracający z pracy kelner restauracji Deutsches Haus Otto Kugel. Sprawcę szybko wykryto i aresztowano. Niestety po 1933r. i dojściu Hitlera do władzy został on zwolniony z więzienia i uniewinniony. Odważnego kelnera okrzyknięto zaś „obrońcą Żydów”, stracił pracę, a jego dzieci wyrzucono ze szkół. Dramat ten miał swój finał kilka lat później w 1939 gdy ostatnie pięć żydowskich rodzin zostało wywiezionych z ostródzkiego getta (kamienica przy dzisiejszej ulicy 11 listopada), synagogę rozebrano, a samo miasto okrzyknięto mianem „wolnego od Żydów”.

Od wydarzeń 1932 roku minęło już blisko 85 lat. Nieudany zamach bombowy wydaje się jedynie ciekawostką z odległych, prawie nierzeczywistych dla nas czasów. Pamiętają o tym nieliczni pasjonaci historii i zakochani w przeszłości naszej „Perły Mazur”. Czy jednak rzeczywiście ten zamierzchły epizod nie przywołuje nam na myśl tak bliskich doświadczeń związanych ze współczesnym terroryzmem? Jest to przecież jeden z głównych tematów publicznej debaty na wszystkie sposoby omawiany, komentowany i prezentowany w mediach. Czy możemy więc wyciągnąć jakieś wnioski z historii? Czy historia ostródzkich Żydów czegokolwiek nas uczy? Czy powinniśmy pamiętać o Otto Kugelu?

Pytania te wydają się być o tyle zasadne, że z wielką obawą przyglądać się należy aktualnej sytuacji w Polsce. I nie chodzi mi tu wcale o sytuację polityczną – tej bowiem jako przedstawiciel Kościoła komentować nie chcę. Kościół ma bowiem być otwarty dla każdego, niezależnie od politycznych poglądów. W centrum zaś zwiastowana stoi Ewangelia, nie polityczny program. Zupełnie inaczej sprawa wygląda jeśli chodzi o kwestie społeczne. Kościół jest i musi być obecny tam gdzie człowiek cierpi, gdzie doświadcza upokorzeń i nieprzyjemności. Kościół zawsze ma być zwiastunem miłości i szacunku. W imieniu Chrystusa musi upominać się o ludzi i zabiegać o ich dobro i prawa.

Z tego właśnie powodu z wielkim lękiem i obawą obserwuję społeczne przemiany, które zachodzą w naszym społeczeństwie w tempie pociągu ekspresowego. Chodzi mi oczywiście o wzrost incydentów i ataków na tle rasowym i religijnym. I nie są to wydumane obawy, ponieważ statystyki jasno pokazują, że ilość takich przypadków wzrosła na przestrzeni ostatnich 7 lat z kilkuset do kilku tysięcy. A są to tylko zgłoszone i odnotowane przypadki. Rzeczywistej liczby nie znamy. Nie trzeba też długo obserwować naszego społeczeństwa by zorientować się, że te liczby nie biorą się znikąd. Posłuchajmy o czym ludzie mówią w autobusach, domach, na ulicach czy przy piwie. Poczytajmy komentarze w Internecie. Choć tu lepiej uważać, bo skala bluźnierstw i nienawiści skutecznie może obrzydzić dzień. Ośrodek Monitorowania Zachowań Rasistowskich i Ksenofobicznych ujawnił przed kilkoma dniami komentarze mieszkańców naszego miasta pod zdjęciem, muzułmańskich kobiet. Po publikacji twarzy autorów z wpisami zachęcającymi do mordowania kobiet i dzieci część sprawców przeprosiła, część idzie w zaparte. Jak się sprawa rozwinie pewnie jeszcze zobaczymy jako, że sprawa trafiła do prokuratury. Jeśli jednak wciąż nie jesteśmy przekonani wystarczy odnieść się do innych przypadków z „naszego podwórka”. Noworoczny samosąd na właścicielu kebabu w Ełku, gdy po nocnej awanturze i morderstwie, mieszkańcy ochoczo i przykładnie chcieli ukarać wszystkich muzułmanów w mieście przy okazji dewastując czyjś lokal. Innym przykładem sprzed kilku tygodni jest atak z Białej Piskiej. Dwóch młodych ludzi zniszczyło kaplice ewangelicką malując pod krzyżem genitalia z dopiskiem „tu jest Polska”. Podejrzani o to przestępstwo zostali już zatrzymani. Jeden z nich okazał się być…. żołnierzem.

Sprawa robi się jeszcze poważniejsza gdy uświadomimy sobie ogromny wzrost popularności i aktywności organizacji rasistowskich i nacjonalistycznych jak ONR czy Młodzież Wszechpolska. Czy dziwą kogoś jeszcze dziś sztandary z „falangą” w kościołach? Czy oburza nas marsz ONR w Warszawie w czasie obchodów rocznicy Powstania Warszawskiego? Nie? A szkoda, bo jest to policzek nie tylko dla ludzi, którzy poświęcili życie w walce z taką właśnie złowroga ideologią. Jest to policzek dla chrześcijan i wszystkich nas współczesnych Polaków. Niestety w gonitwie za „chlebem doczesnym” zdajemy się tego nie zauważać i wydaje się nam, że są to tylko incydenty nieszkodliwej grupki fanatyków.

Każdy jednak kto zna historię choć trochę nie może nie zauważyć procesów, które tak po cichu i niezauważone dzieją się tuż przed naszymi oczami. Dokładnie tak samo było w Niemczech na przełomie lat 20 i 30. Ogólne niezadowolenie z postanowień Traktatu Wersalskiego i kryzys gospodarczy spowodował ogromną popularność populistycznych ruchów narodowych. Hasła nawołujące do zemsty, odzyskania utraconej pozycji i ukaranie winnych trafiały na podatny grunt. Zmiany te również nie następowały drastycznie. Stopniowo zabierano i ograniczano wolność jednostki, mediów i prawa. Pozbywano się przeciwników, aż wreszcie nie miał już kto protestować. Propaganda zaś skutecznie przekonała tych niezdecydowanych. Czy i dziś nie próbuje się przedstawić ruchy faszystowskie jako prawdziwych patriotów, dbających o historię i pamięć? Wiele można znaleźć zdjęć młodych panów z zielonymi opaskami np. w domach starców i przedszkolach, rzekomo dbających o potrzebujących. I tak nieświadomie oddajemy kolejne przyczółki brunatnej sile nawet nie zdając sobie z tego sprawy.

Gdy myślę o tym wszystkim rodzi się we mnie wiele pytań. Przede wszystkim jak można tego nie dostrzegać i na to nie reagować? Czy naprawdę mamy tyle ważniejszych spraw? No i co stał się z naszymi wartościami? Polacy uchodzili przecież za naród pełen otwartości, gościnności, tolerancji i poszanowania praw człowieka. Kto bowiem lepiej powinien rozumieć wartość wolności i godności człowieka jak nie właśnie my, Polacy, którym tej wolności i godności tak często odmawiano. Czy naprawdę zapomnieliśmy już jak wiele krzywd doświadczyli nasi ojcowie i dziadowie? I owszem, bardzo często na te piękne karty naszej historii się powołujemy. Stawiamy się (często pełni pychy i w sposób wyidealizowany) jako obrońcy wolności i wartości chrześcijańskich. Tylko gdy słyszymy „sprawdzam” okazuje się, że „król jest nagi”. Wartości pozostają na papierze, na pięknych galach, uroczystościach, akademiach i w kościołach. O naszym zachowaniu zaś można powiedzieć wiele, ale na pewno nie to, że wiąże się ono z jakimiś wartościami. Może więc słusznie nie ma co oczekiwać szacunku wobec obcych, skoro sami dla siebie jesteśmy największymi wrogami, którzy utopili by swojego rodaka w łyżce wody za to tylko, że różni się od nas choćby o milimetr.

Jako duchowny zawsze w pierwszej kolejności staram się odwoływać do tego co zapisane w Piśmie. To jest przecież nadrzędna norma każdego chrześcijanina. Jest to o tyle ważne, że przecież przekonanie o nas samych jako o „ostoi chrześcijaństwa” w zlaicyzowanej Europie jest bardzo silne. Mamy się za chrześcijański naród, czy jest to jednak chrześcijaństwo żywe i nacechowane bezwarunkowym naśladowaniem Chrystusa? Czy może jedynie wiarą sprowadzoną do ideologii i tradycji?

Orędzie Pisma Świętego jest w tej kwestii bardzo jasne i czytelne. Poczynając od największego z przykazań – miłości Boga i bliźniego. I nie, nie ma tam gwiazdki odsyłającej do klauzuli wykluczającej konkretne grupy społeczne spod obowiązku owej miłości. W Ewangelii Mateusza zaś (Mt 25, 31-46) Jezus opowiadając o Dniu Sądu Ostatecznego wyraźnie stwierdza, że zadane zostaną nam pytania dotyczące naszego stosunku do bliźnich: „Wtedy powie król tym po swojej prawicy: Pójdźcie, błogosławieni Ojca mego, odziedziczycie Królestwo, przygo-towane dla was od założenia świata. Albowiem łaknąłem, a daliście mi jeść, pragnąłem, a daliście mi pić, byłem przychodniem, a przyjęliście mnie. (…)” Analizując więc te słowa musimy sobie jasno powiedzieć, że Chrystus przychodzi do nas każdego dnia w postaci ludzi, których spotykamy. Wszystkich, nie tylko tych, których lubimy.

Spośród wielu biblijnych przekazów możemy też w tym miejscu przypomnieć przypowieść o Miłosiernym Samarytaninie. Ona także staje się uniwersalną historią opowiadającą o człowieczeństwie i miłości bliźniego ponad narodowe i religijne podziały. Ponad historyczne krzywdy, stereotypy i uprzedzenia.

Niestety ten głos Pisma Świętego coraz częściej jest pomijany bądź, co gorsza, cynicznie przekłamywany  i fałszywie interpretowany, tak by nie stanowił więcej moralnej przeszkody. Pomijane lub przekręcane są także głosy kościelnych autorytetów i hierarchów, którzy starają się zwrócić uwagę na problem ksenofobii. Takim najbardziej jaskrawym przykładem wydaje się być głos Papieża Franciszka. Dla wielu rasistowskich agitatorów odwołujących się do chrześcijaństwa jego, jak twierdzą, liberalno-lewicowe wypowiedzi są fałszywe, a co za tym idzie całkowicie pomijane lub wypaczane w komentarzach w stylu: „co Papież chciał naprawdę powiedzieć”. Tak właśnie dzieje się gdy religia nie jest już wiarą, a więc właśnie naśladowaniem Chrystusa i podporządkowaniem życia jego nakazom, ale pełnym premedytacji i cynizmu wykorzystywaniem jej jako ideologii do poparcia swoich fałszywych tez, decyzji i wyborów.

Dlatego śmiem twierdzić, że jako chrześcijanie wszystkich denominacji stajemy dziś przed wielką próbą. Dziś gdy ruch ekumeniczny tak wiele uczynił dla pojednania podzielonych wyznań, kolejnym wyzwaniem nie jest już tylko i wyłącznie wyjaśnianie dogmatów i ujednolicanie nauki. Takie chrześcijaństwo stanie się bowiem jedynie intelektualną grą teologów. Dziś zadaniem Kościołów i ruchu ekumenicznego jest wspólne świadectwo. Wspólna zdecydowana postawa sprzeciwu wobec rasizmu, ksenofobii i nienawiści. Wspólne głoszenie ponadczasowych, niezmiennych wartości płynących z Chrystusowego orędzia. Lata międzywojenne pokazały bowiem, aż nadto dosadnie, że Kościoły tamtych czasów zbyt często nie zdawały swojego egzaminu. Dziś gdy mówi się, że kościoły pustoszeją, a ludzie szukają innych źródeł wartości i miejsc realizacji, może właśnie nie tyle kolejnych dokumentów i konferencji naukowych nam trzeba, ale żywego świadectwa. Może czas najwyższy by Kościoły znów stały się miejscem schronienia dla uciśnionych i wsparcia dla tych, którzy borykają się z etycznymi wyborami, a nie tylko urzędami i sądami moralności?

To są jednak przede wszystkim pytania do tych „co u góry”. Nie znaczy to jednak, że my jesteśmy pozbawieni odpowiedzialności. Świat bowiem zaczynamy zawsze odmieniać od samego siebie. Dlatego w czasach gdy tak wiele na ziemi ciemności, to każdy z nas staje się promieniem światła. Odbiciem Chrystusowego blasku i chwały. Zwiastunem Jego zwycięstwa nad złem i grzechem. Jesteśmy też solą tej ziemi, a więc tymi, którzy nadają jej smak i wartość. Wyjałowioną i pustą napełniając cnotami i dobrem.

A co jeśli przyjdzie nam zapłacić cenę? To odwieczne pytanie, które pojawia się gdy mamy wybierać między wartościami a oportunizmem. Chrześcijaństwo zawsze było drogie i oczekiwało od naśladowcy Chrystusa wysokiej ceny. Czy nie taką bowiem On sam zapłacił za nas na krzyżu? Może za bardzo przyzwyczailiśmy się do wiary, która nie domaga się ofiary i poświęcenia? W ostatecznym rozrachunku to jednak każdy z nas sam stanie przed koniecznością wyboru dobra lub zła. Każdy z nas sam będzie musiał ponieść odpowiedzialność za swoje decyzje i wybory. Dokładnie tak jak uczynił to zapomniany Otto Kugel. Historia pokazuje, że prawdziwe życie to nie hollywoodzki film. Jego postawa, bardziej lub mniej świadoma decyzja, nie odwrócenie głowy, doprowadziły do osobistej tragedii. A może należy powiedzieć, że moralnego zwycięstwa? Uważam, że ów dzielny ostródzianin zasłużył by swoim mieście mieć chociaż pamiątkową tablicę. Tyle chociaż moglibyśmy dla niego zrobić, szkoda, że pewnie nigdy to się nie stanie…

Nie sądźcie jednak, że uważam nas Polaków za jednoznacznie złe społeczeństwo. To nie jest tak, że wszyscy jesteśmy rasistami i faszystami. Niestety wystarczy jedna brunatna plama by zniszczyć piękny, kolorowy obraz. Jestem przekonany, że większość z nas to ludzie dobrzy, uczciwi, otwarci, pracowici i kochający. Musimy jednak uważać by to się nie zmieniło. Jad nienawiści zatruwa bowiem kolejne serca. Wlewa w nasze nas lęk, obawę, stereotypy i uprzedzenia. Propaganda zła stara się nas przekonać, że tylko nasz, jeden model życia jest słuszny, a wszystko co odmienne jest inne, gorsze, złe i niewłaściwie. Nie dajmy zabić w sobie miłości i otwartości na drugiego człowieka.

Martin Luther King powiedział kiedyś w swoim słynnym przemówieniu, że ma marzenie by amerykańskie społeczeństwo żyło w równości. Za ten sen oddał swoje życie i nie była to ofiara daremna. Jednak także współczesna historia Ameryki pokazuje, że wolność nie jest dana raz na zawsze i nawet szczycące się wolnością i tolerancją społeczeństwo musi znów stawić czoła rasistom w białych kapturach.

Wierze gorąco, że i my potrafimy i chcemy zrealizować nasz sen. Nasze marzenia o Polsce otwartej, wolnej i tolerancyjnej. O miejscu gdzie ludzie wszystkich wyznań, religii, narodowości, orientacji seksualnych i poglądów politycznych będą mogli żyć razem. Bez obawy o swoje życie, bez obaw o szykany i piętnowanie. Może tak być nie dlatego, że muszę koniecznie wszystko akceptować i zgadzać się z każdą religią czy stylem życia. Ale dlatego, że wierzę w bezwzględną miłość Bożą każdego człowieka. Wierzę, jako chrześcijanin, że moja wiara nie pozwala mi oceniać i osądzać bliźniego. Nakazuje mi zaś kochać, szanować i wybaczać. Chce także byśmy się od siebie uczyli, poznawali, poszerzali horyzonty. Jeśli zaś piętnować to tylko złe czyny, nie człowieka. Jestem absolutnie przekonany, że Polska może być wielka tylko wtedy gdy będzie wielokulturowa, otwarta i tolerancyjna. Bogactwo płynie bowiem z różnorodności i umiejętności życia i pracy razem, a nie przeciwko sobie.

Co więc mam robić? Jak zmienić świat? Zacznij od siebie. Nigdy, nawet w żartach nie poniżaj drugiego. Nie odwracaj głowy, gdy na ulicy, w tramwaju, autobusie ktoś kogoś krzywdzi. Nie tylko fizycznie, ale także słowem. Jeśli się boisz odezwać, zadzwoń na 112. Poproś o pomoc przechodniów/pasażerów. Reaguj gdy w twoim otoczeniu mówi się źle o jakiejkolwiek mniejszości. Znaj fakty i merytorycznie walcz słowem z propagandą. Nie zgadzaj się i protestuj gdy w twoim kościele / mieście pojawiają się na oficjalnych uroczystościach grupy faszystowskie i rasistowskie. Bądź światłem! Otwórz oczy, nie odwracaj głowy!

W 1939r. Ostródę okrzyknięto miastem wolnym od Żydów. Niecałe 6 lat później nie było w niej nie tylko żydów, ich domów, sklepów, cmentarza i synagogi. Nie było także tych, którzy ich wypędzili. Nienawiść i zło prowadzi bowiem do autodestrukcji. Gdy raz zaczniesz igrać z ciemnością, ona wciągnie cię i zniszczy twoją własną bronią. Niech los przedwojennej Ostródy i jej mieszkańców będzie dla nas swoistym memento. Oni też nie byli wszyscy źli, tylko odwracali głowy gdy wywożono Żydów.

Ks. Wojciech Płoszek

Najpierw przyszli po komunistów,
ale się nie odezwałem,
bo nie byłem komunistą.

Potem przyszli po socjaldemokratów
i nie odezwałem się,
bo nie byłem socjaldemokratą.

Potem przyszli po związkowców,
i znów nie protestowałem,
bo nie należałem do związków zawodowych.

Potem przyszła kolej na Żydów,
i znowu nie protestowałem,
bo nie byłem Żydem.

Wreszcie przyszli po mnie,
i nie było już nikogo, kto wstawiłby się za mną.

Ks. Martin Niemöller

BLOG COMMENTS POWERED BY DISQUS
zgoda
Ta strona używa plików cookie w celu usprawnienia i ułatwienia dostępu do serwisu. Dalsze korzystanie z tej witryny oznacza akceptację tego stanu rzeczy.
Możesz samodzielnie decydować o tym czy, jakie i przez jakie witryny pliki cookie mogą być zamieszczana na Twoim urządzeniu. Przeczytaj: jak wyłączyć pliki cookie. Szczgółowe informacje na temat wykorzystania plików cookie znajdziesz w Polityce Cookie.