Wiesław Skrobot o kierunkach rozwoju Ostródy

Wywiad
Typography

O planach zagospodarowania ostródzkiej przestrzeni miejskiej, z wiceprezesem Ostródzkiego Stowarzyszenia Kulturowego SASINIA i jednym z najbardziej poczytnych autorów "Rozmaitości Ostródzkich", doktorem Wiesławem Skrobotem, rozmawia Adrian Godlewski.

Adrian Godlewski: Czytelnicy "Rozmaitości Ostródzkich" i portalu "Nasza Ostróda" znają pana z artykułów o historii i kulturze naszego miasta. Publicystyka to jednak tylko wycinek pańskiej działalności…

Wiesław Skrobot: Na co dzień jestem wykładowcą Uniwersytetu im. A. Mickiewicza w Poznaniu, z wyznaczonym miejscem pracy w Collegium Polonicum w Słubicach. Collegium Polonicum to wspólna placówka naukowo-dydaktyczna, jak też konferencyjna, poznańskiego UAM i Europejskiego Uniwersytetu Viadrina we Frankfurcie nad Odrą. Słubice to dawne Dammvorstadt, przedwojenne przedmieście Frankfurtu. Prowadzę zajęcia z zakresu rewitalizacji miast i ochrony dziedzictwa kulturowego. Współpracuję ponadto z Polsko-Niemieckim Instytutem Badawczym, w ramach realizacji projektu badawczego „Między zakorzenieniem i zakotwiczeniem. Tożsamości kulturowe dawniej i dzisiaj na zachodnim pograniczu byłych Prus Wschodnich”, którego tezy przedstawiłem niedawno podczas zamkowego spotkania, zorganizowanego przez Bibliotekę Publiczną i Muzeum w Ostródzie. Prowadzę też zajęcia dla słuchaczy podyplomowego Studium Ochrony Dziedzictwa Kulturowego na Wydziale Architektury Politechniki Warszawskiej.

Jednym z ulubionych i najczęściej poruszanych przez pana zagadnień jest urbanistyka. Jak pan ocenia ostródzką przestrzeń miejską?

Ostróda, podobnie jak wiele miast na terenach przyłączonych do Polski po 1945 roku, ma problemy z kreowaniem oryginalnego, zgodnego z istniejącymi potencjałami, wizerunku. Nie jestem urbanistą, ale współpracuję ze specjalistami w zakresie tej dziedziny i konsultuję z nimi swoje spostrzeżenia, szczególnie te dotyczące Ostródy i innych miast dawnego powiatu ostródzkiego. Dzięki tej współpracy udało mi się między innymi doprowadzić do powstania interesującego projektu odbudowy staromiejskiego centrum Miłomłyna.

W przypadku Ostródy, próbuję przywrócić miastu jego północne przedmieścia, ale póki co zainteresowanie władz tą częścią miasta jest dość ograniczone. Szkoda. Miasto to splot dwóch przestrzeni: osnowy urbs, czyli publicznej, opartej na twardej strukturze architektoniczno-komunikacyjnej, oraz wątku civis – społecznej organizacji życia miejskiego. Owa druga przestrzeń jest najważniejsza, ale jej funkcjonowanie warunkowane jest w dużej mierze urządzeniem tej pierwszej. To zaś zależy od władzy, od umiejętności współpracy władzy ze społeczeństwem. Z tym bywa różnie…

W jednym z ostatnich numerów „Rozmaitości” przedstawił pan pomysł zagospodarowania nabrzeża Drwęcy. Czy nie jest na to za późno? Przecież mamy już bulwar nad Jeziorem Drwęckim.

Ostróda od lat koncentruje swoje inwestycje w strefie Zatoki Drwęckiej. Zrobiło się tam już tak ciasno, że aż nieprzyjemnie. Zwraca to uwagę również naszych gości z zewnątrz. Podczas uroczystości odsłonięcia tablicy poświęconej Adolfowi Tetzlaffowi, żona wnuka założyciela naszej żeglugi – z zawodu architekt krajobrazu - zapytała mnie, czemu tak intensywnie zabudowywane jest nabrzeże jeziora w centrum miasta. Stwierdziła, że to nieracjonalne i niezgodne z zasadami zrównoważonego rozwoju. Mogłem tylko z zakłopotaniem pokiwać głową, bo trudno było się z tym nie zgodzić.

A przecież Ostróda to przed wszystkim rzeka Drwęca. Niestety, nad jej brzegami nic się nie dzieje. W pierwszym numerze „Okolic Ostródy”, ładnych parę lat temu, bo w 2009 roku, zwracałem uwagę na istotne potencjały miastotwórcze Drwęcy, nikt jednak specjalnie tym się nie przejął. Nie uważam, że moje teksty mają być jedynie słusznym jasnym światłem, wskazującym włodarzom kierunek rozwoju Ostródy, ale wydaje mi się, że sugestie w nich zawarte godne są rozważenia. Być może warto powrócić do lektury.

W kontekście zagospodarowania przestrzennego Ostródy, sporo mówi się o cmentarzu w samym centrum miasta. Pojawiały się głosy, że należy go zlikwidować…

Rozwiązania są dwa. Można cmentarz zlikwidować, dokonując ekshumacji i przekształcając teren w park z lapidarium, upamiętniającym pierwotną funkcję miejsca. Można też doprowadzić do renowacji tego zabytkowego miejsca pochówków i uczynić z niego jeden z istotnych elementów przestrzeni miejskiej Ostródy, symboliczne świadectwo dokumentujące pewien etap rozwoju miasta. Wbrew pozorom, ten cmentarz nie jest opuszczony, pojawiają się tam nowe krzyże, nagrobki są porządkowane, często – nie tylko przy okazji 1 listopada - widać kwiaty i palące się znicze. Cmentarz nie jest zatem obojętny mieszkańcom Ostródy i dlatego powinien znaleźć swoje miejsce w przestrzeni społecznej, a tę uważam – jak to już powiedziałem - za najważniejszą dla miasta.

Skoro pozostajemy przy urbanistyce, nie mogę nie zapytać o temat wałkowany w Ostródzie od dziesięcioleci - przejazdy w centrum miasta…

Nawet dłużej, niż od dziesięcioleci. Rozdzielenie przestrzeni miejskiej linią kolejową, łączącą w przeszłości Berlin z Insterburgiem, to bolączka rozwijającej się Ostródy od czasów przedwojennych. We wspomnieniach dawnych urzędników, opublikowanych w 1954 r. w książeczce „Aus Stadt und Kreis Osterode Ostpreussen” (notabene przetłumaczonej na język polski i od dwóch lat czekającej na wydanie), czytelne są utyskiwania na utrudnienia związane z brakiem bezkolizyjnego połączenia komunikacyjnego w rejonie torowiska. W latach 30. XX wieku powstał projekt estakady w linii środkowego przejazdu, łączącej obecne ul. Czarnieckiego i ul. Mickiewicza. Zjazd z estakady miał się znajdować w rejonie dzisiejszej fontanny z rybakiem. Teraz taki projekt byłby trudny do realizacji, zresztą od jakiegoś już czasu, szczególnie w terminach zbliżających się wyborów, pojawiają się sugestie, by taką estakadę zbudować na trzecim przejeździe, w linii ul. Drwęckiej. To chyba słuszny kierunek myślenia, ale wydaje mi się, że należałoby go zmodyfikować i pomyśleć o ulokowaniu bezkolizyjnego skomunikowania nad torami nieco na wschód od owego trzeciego przejazdu. Wymaga to jednak starannego zaprojektowania takiego rozwiązania, także w kontekście nowej sytuacji kompleksu Czerwonych Koszar, bo być może właśnie w tej przestrzeni należy poszukiwać dowiązania nowego węzła komunikacyjnego, istotnego nie tylko dla dzielnicy, ale i dla całego miasta.

W swoich artykułach, dużo miejsca poświęca pan również społeczeństwu obywatelskiemu. Jak ocenia pan społeczne zaangażowanie ostródzian?

Społeczeństwo obywatelskie powinno być według mnie podstawowym celem rozwoju demokracji w Polsce. Demokracja przedstawicielska to – mam nadzieję – tylko pewien etap dochodzenia do demokracji bezpośredniej, szczególnie w sferze samorządowej. W Ostródzie jest podobnie jak w innych miastach zbliżonej wielkości, choć wysoki potencjał intelektualny, którego skala odróżnia nasze miasto od miast sąsiednich, powinien przekładać się na większą aktywność w tym zakresie. Jak wszędzie jednak, brakuje tu umiejętności organizowania się mieszkańców poza ogólnie uznanymi strukturami, takimi jak partie, stowarzyszenia albo inne sformalizowane formacje. A do powstania prawdziwie obywatelskiego społeczeństwa potrzebna jest umiejętność organizowania się wokół spraw istotnych, poczucie własnej podmiotowości. Tego brakuje społeczeństwu polskiemu, ostródzianom też. Laboratorium do zdobywania tych umiejętności są ruchy miejskie, które stają się coraz bardziej słyszalnym i widocznym zjawiskiem społecznym.

Społeczeństwo jest za bardzo rozpolitykowane i nieufne, po części sfrustrowane. Tego chaosu nie można jednak ciągle tłumaczyć traumami narodowymi w rodzaju rozbiorów, wojen i innych kataklizmów typu socjalizm i stan wojenny. Albo bierzemy się w karby i – jako obywatele, a nie członkowie mniej lub bardziej kanapowych frakcji politycznych - stajemy się partnerami władzy w grze o lepszą przyszłość, albo oddajemy całą władzę w ręce rad (sic!) i nie narzekamy. A narzekanie póki co wychodzi nam najlepiej.

Skoro o narzekaniu mowa, to ostatnio najbardziej obrywa się ostródzkim instytucjom kulturalnym. A jak pan ocenia działalność Centrum Kultury?

Kultura, tak jak inne sfery życia społecznego, zmienia się w ostatnim czasie w sposób bardzo dynamiczny. Podobnie sposoby jej uprawiania i wyrażania. Instytucje kultury w formułach znanych nam od dziesiątek lat funkcjonują z różnym skutkiem, ale nie mnie oceniać, czy to źle, czy dobrze, że w ogóle funkcjonują. Taka jest organizacja działalności kulturalnej w Polsce. Ale poza tym jest sporo miejsca na podejmowanie inicjatyw własnych, wspieranych i współinicjowanych przez rozmaite instytucje. Na przykład olsztyńskie Centrum Edukacji i Inicjatyw Kulturalnych zorganizowało w tym roku konkurs „Kasa na kulturę”, w którym można było zdobyć 10 grantów po 3 tysiące złotych na realizację interesującego przedsięwzięcia. Pewnie można jeszcze inaczej, ciekawiej i bardziej innowacyjnie, ale generalnie chodzi o to, żeby nie wisieć wiecznie u czyjejś klamki i narzekać, że jakaś instytucja nie umie mnie zabawić albo czymś zająć. Z kolei koncerty i imprezy masowe wychodzą chyba najlepiej impresariatom i agencjom artystycznym - co widać choćby w organizacji festiwalu reggae – i takie firmy powinny organizować miejskie „hopajsiupy-podrygajki”. Generalnie - im większa różnorodność form uprawiania kultury w mieście, tym oferta bogatsza i w ogóle dynamika życia społecznego większa. A o to przecież w całej tej aktywności chodzi. Widać to znakomicie w działalności Biblioteki Publicznej.

Przed podjęciem jakichkolwiek dywagacji nad sprawami kultury w naszym regionie warto zapoznać się z diagnozą jej stanu, przygotowaną niedawno przez zespół pod kierownictwem prof. Barbary Fatygi z Uniwersytetu Warszawskiego. Raport zatytułowany „Kultura pod pochmurnym niebem” dostępny jest na stronie CEiIK. To uczciwa analiza grzechów, zaniechań i tandety w kulturze regionu. Zachęcam do lektury wszystkich kulturalnych ludzi z Ostródy i okolic.

Ja osobiście jestem zwolennikiem nieinstytucjonalnej działalności kulturalnej, opartej na kreatywności i indywidualności. Niszowe to może i mało lanserskie, ale w ostatnich latach nawet w badaniach poważnych kulturoznawców zaczyna przeważać teza, że wszelka trwała kreacja w kulturalnej przestrzeni miast to efekt aktywności indywidualnej, a nie masowej.

No właśnie, jednym z projektów, w którego realizację zaangażował się pan ostatnio są Ostródzkie Jarmarki Staromiejskie, czyli próba odtworzenia przedwojennych targów.

Jarmark to pomysł Wojtka Gudaczewskiego. W czasie letnich wojaży przyglądał się szczegółowo takim imprezom w innych miastach i zaproponował zorganizowanie podobnej w Ostródzie. Pomysł jest ciekawy, daje szansę na aktywizację społeczną, poza tym wpisuje się w kalendarz przyszłorocznych imprez jubileuszowych. Mnie osobiście zależy przede wszystkim na przywróceniu funkcji przestrzeni społecznej w miejscu, które w średniowieczu było sercem miasta, a teraz jest niewyględnym placykiem, otoczonym rachitycznymi drzewkami i szkaradnymi betonowymi gazonami, między którymi nachalnie parkują samochody. W warunkach partycypacji obywatelskiej trzeba tak zmienić przestrzeń publiczną, by zafunkcjonowała jako przestrzeń społeczna. Jak powiedziałem jednak wcześniej: najpierw urbs, potem civis. Wszystko w rękach tych, którzy rządzić będą Ostródą po przyszłorocznych wyborach.

Jarmarki staromiejskie to część większego przedsięwzięcia pt. „Wielokulturowa Ostróda”. Jak to u nas jest z pamięcią o dawnej wielokulturowości miasta? Co można zrobić, żeby przywrócić pamięć o dawnych mieszkańcach?

O wielokulturowości naszego miasta rozmawiamy często na zamkowych spotkaniach, zatem pamięć o niej w ostródzianach – mniej lub bardziej uświadomiona – istnieje. Samej wielokulturowości przedwojennej nie przywrócimy, bo była ona efektem kilkusetletniego rozwoju regionu w określonych warunkach historycznych, politycznych i społecznych. Jej kres nastąpił po II wojnie światowej. Teraz też mamy w Ostródzie swoistą mieszankę kulturową, może nie tak urozmaiconą i meandryczną, jak ta przedwojenna, ale wartą wyeksponowania i pielęgnowania. W tym celu pojawił się pomysł projektu „Wielokulturowa Ostróda”. Na razie to tak naprawdę tylko hasło, rodzaj wyzwania-zawołania, może rama wieloaspektowego programu mającego służyć zmianie społecznej… Hasło rzucił Wojtek Gudaczewski. Ja jestem zwolennikiem małych, ale strategicznych działań, dzięki którym możliwe jest wygenerowanie oddolnej partycypacji społecznej. Spróbujemy to jakoś pożenić.

Mówiąc o obecnym rozwoju Ostródy w kierunku miasta turystycznego, władze lubią nawiązywać do przedwojennej "Perły Mazur". Ile jest w tym prawdy? Czy rzeczywiście byliśmy taką perłą?

Mianem „Perły Mazur” obdarzano przed wojną wiele miast, to był rodzaj hasła promocyjnego, które znajdowało się we wszystkich bez mała folderach opisujących walory krajobrazowo- turystyczne wschodniopruskich miejscowości. Tyle zatem pereł było, ile tych miast i miasteczek. I w jakimś sensie to prawda, bo każde z nich stanowiło zupełnie inną wartość architektoniczno-urbanistyczną, ujętą w piękne „okoliczności przyrody”.

Ostróda też była taką perełką. W dużym stopniu zachowała swoje walory, ale w ostatnich latach są one często niszczone bądź blokowane. Wiele by o tym można mówić, o pewnych kwestiach napisałem we wspomnianym artykule w „Okolicach Ostródy” z 2009 roku. Ostatnio po raz kolejny przewędrowałem ulice i zaułki dawnego miasta lokacyjnego, czyli dolnego miasta nad Zatoką Drwęcką. W moim odczuciu, konsultowanym potem z urbanistami z ICOMOS-u, organizacji zajmującej się między innymi opiniowaniem wniosków o wpis zabytków na światową listę UNESCO, w tej najbardziej historycznej części Ostródy panuje chaos i bezład przestrzenny, niszczący wypracowane przed wiekami rozwiązania urbanistyczne. Sytuacja ta wynika z przywoływanego często przeze mnie braku więzi mieszkańców z miastem, w poczuciu tutejszości i ojczyźnianości. W podświadomości ostródzian to ciągle „poniemieckie”, obce miejsce. I nie zmienią tego deklaracje w rodzaju opowieści o małej ojczyźnie. Gdyby było inaczej, Ostróda rozwijałaby się harmonijnie, z poszanowaniem każdej piędzi ziemi.

Czy pod względem społeczno-gospodarczym da się porównać Ostródę z roku 1913 do tej z roku 2013?

Nie ma możliwości porównywać Osterode z 1913 r. z Ostródą A.D. 2013. Można jednak czerpać z tamtych doświadczeń miastotwórczych, analizować ówczesne rozwiązania i - dostosowując je do warunków współczesnych – realizować w nowoczesnej kreacji urbanistycznej. Wymaga to jednak skrupulatności, cierpliwości, determinacji i konsekwencji. Tego życzę mieszkańcom (w tym sobie) i wybranym przez nas władzom Ostródy na wiele kolejnych lat.

NaszaOstróda.pl, Styczeń 2013.

BLOG COMMENTS POWERED BY DISQUS
zgoda
Ta strona używa plików cookie w celu usprawnienia i ułatwienia dostępu do serwisu. Dalsze korzystanie z tej witryny oznacza akceptację tego stanu rzeczy.
Możesz samodzielnie decydować o tym czy, jakie i przez jakie witryny pliki cookie mogą być zamieszczana na Twoim urządzeniu. Przeczytaj: jak wyłączyć pliki cookie. Szczgółowe informacje na temat wykorzystania plików cookie znajdziesz w Polityce Cookie.