Kurt

Analizy / reportaże
Typography

Na imię mi Kurt. W czterdziestym piątym miałem siedem lat. Mieszkaliśmy na kolonii, trzy kilometry od wsi. W styczniu nie uciekaliśmy. Mama nawet coś zaczęła przebąkiwać, ale ojciec uciął szybko: Nigdzie nie będziemy uciekać. Gdzie ty chcesz, kobieto, iść w ten mróz z małymi dziećmi? W Dąbrównie już są, w Nowej Wsi są, nie wiadomo co się dzieje na Lubawę. Wszędzie strzały. Gdzie uciekać? Ojciec w wojsku nie był, nawet do Volkssturmu go nie wzięli, chociaż brali wszystkich. Prawie wszyscy wrócili. A ojciec nie przeżył.

Rękę miał trochę niesprawną po wypadku w lesie. Chodził do roboty na zrąb. Rentę dostawał. Ojciec był rocznik dziewięćdziesiąty dziewiąty.
Z sołtysem kolegami byli, to go sołtys od wojska wyreklamował. Jedynie co, to jesienią czterdziestego czwartego rowy przeciwczołgowe kopał, ale rowy kopać musieli wszyscy.

Z naszej kolonii nikt nie uciekał. Żyliśmy tu z daleka od świata, nikogo nie obchodziliśmy. Rozkaz ewakuacji do nas nie dotarł. Do tego prawie wszyscy mówili po polsku. Pewnie, że się baliśmy. Mówili, że tych, co przed frontem nie uciekną, to przyjdą Ukraińcy i wymordują. Chodzili z nożami i podrzynali gardła. Jeszcze parę lat po wojnie mama mówiła, że ci Ukraińcy nas nie wymordowali tylko dlatego, że nie zdążyli.

Z Dąbrówna wyjechali prawie wszyscy, ale po wioskach, a szczególnie na koloniach dużo ludzi zostało. U nas zostało dziewięć rodzin. Staraliśmy się trzymać razem. W naszym domu zebrało się kilka kobiet i kilkanaścioro dzieci. Była i Rosjanka, co tu pracowała. No i był ojciec.

Ruskie przyszli od Wysokiej Wsi, szli tu za sadem, gęsiego. Siedmiu ich było. Jak weszli do domu, to od razu do ojca skoczyli:
– A ty co tu robisz? Pewnieś mundur zrzucił! Taki młody chłop, a nie przy wojsku. Ubieraj się, pójdziesz z nami!
Ojciec rękę zaczął pokazywać, tłumaczyć, że ma rentę, że gospodarzy, że chory.
– Pójdziesz z nami, wyzdrowiejesz – powiedział jeden, a inny się głośno roześmiał.

Nie wiedzieliśmy, że wychodząc, podpalili dom. Sąsiedzi zauważyli i przybiegli z krzykiem, że się palimy. Jak Ruskie wyszli, to mama brata akurat na nocnik posadziła, no a wcześniej mu spodnie zdjęła. Jak usłyszała, że pożar, to go z tego nocnika chwyciła w ramiona i wybiegła. I te spodnie się spaliły.
Brat, Horst ma na imię, miał wtedy dwa i pół roku. Ten to naprawdę z tej wojny z gołym tyłkiem wyszedł.

Dom palił się szybko, bo i drewniany, i pod słomą był. Obora też pod słomą i też szybko spłonęła. Zamieszkaliśmy w gospodarczym u sąsiadów. Po trzech dniach przyszedł znajomy i powiedział matce, że ojciec leży na miedzy, kilkaset metrów od domu, tam gdzie się teraz las kończy. Pochowaliśmy go w ogrodzie.

Te cmentarne płotki, którymi ogrodziłem grób, kupił mi sąsiad ze złomu. W Kajkowie sprzedawali. Dawno. Dwadzieścia i parę lat. Tabliczkę dałem do zrobienia. Pękła, pewnie od mrozu, potem byk rogiem poprawił. Niewiele z niej zostało.

Pierwsi wyjechali już jesienią czterdziestego piątego. Wyjechały wtedy trzy rodziny, resztę cofnęli z Pietrzwałdu. Tam była zbiórka. Nikt nie wiedział, dlaczego jednym kazali jechać, a innych cofnęli. Może dlatego, że polskie nazwiska, bo u nas byli Komogowscy, Kowalek, Bawolscy, Kolecki, Brzoza.

Potem dwie rodziny wyjechały chyba w pięćdziesiątym szóstym. No i tak po kolei. Stopniowo, stopniowo, aż wyjechała ostatnia rodzina. Koschmider się nazywali. Wyjechali w stanie wojennym.

W siedemdziesiątym siódmym wyjechała moja mama, Emilia, z bratem. On miał już wtedy swoją rodzinę, żonę i dwoje dzieci. Córka chyba już do szkoły chodziła, syn był trochę młodszy. Mama mieszkała ze mną. Od czterdziestego piątego żyliśmy w tym gospodarczym, do którego wprowadziliśmy się po pożarze naszego domu. Nigdy nie było pieniędzy, aby coś nowego postawić. Brat zamieszkał po ślubie w Wysokiej Wsi.

Mama złożyła pierwsze podanie o wyjazd chyba w połowie lat sześćdziesiątych. Ziemi nam nikt po wojnie nie zabrał, bo budynków nie było. Gospodarzyliśmy na tych sześciu hektarach i trzydziestu pięciu arach, obaj z bratem szybko poszliśmy do roboty. Polacy mamie renty po ojcu dać nie chcieli. Szesnaście lat do lasu chodził, a i potem opłacał z ziemi składki na ubezpieczenie. Tego rząd polski nie chciał płacić. Wdowiej renty też nie dostała. Za Niemca nie płacili. A w Niemczech dostała. Jak mama wyjeżdżała, to miała 73 lata.

Podania składała kilka razy. Odpowiedzi były odmowne, aż w siedemdziesiątym siódmym dali zgodę na wyjazd. Dali, bo się Gierek z Niemcami dogadał, że za marki puści tych, co do Niemiec chcieli wyjechać. Dużo wtedy ludzi wyjechało. Mazurów, Warmiaków, Ślązaków.

Ja nie pojechałem. Tu do szkoły chodziłem, umiałem czytać, umiałem pisać, umiałem rozmawiać, a tam byłbym półanalfabetą. Te Niemcy to nie dla mnie były.

Zostałem tu sam. W kościele pastor już nie odprawiał. Nie było dla kogo. Koschmidry dojeżdżały na nabożeństwa do Kraplewa. Ja, z różnych powodów, już tam nie chodziłem.

Mama z bratem trafili do Hagen. Trzy tygodnie byli w obozie, potem dostali mieszkanie. Brat, co w Polsce był dekarzem, szybko robotę znalazł i parę lat później pod Dortmundem bliźniaka kupił.

Byłem potem u nich. Dwa razy, razem będzie ze sześć tygodni. Za pierwszym razem jak pojechałem, to po dziesięciu dniach wróciłem, bo bydlaki trzymałem, i chciałem zobaczyć, co z nimi. Dobrze było, sąsiad jak się zobowiązał, to i doglądał. Trzy dni pobyłem i znowu pojechałem. Za drugim razem, już po śmierci mamy, pojechałem tam do roboty. Płacili mi dziesięć marek za godzinę, coś tam potrącali, ale to dobre pieniądze były.

Mama zmarła w osiemdziesiątym dziewiątym. Nie żałowała wyjazdu. Trochę tęskniła, bo tam, w tych blokach, nie miała żadnej wolności. Pisała do mnie, żebym do nich przyjechał, ale widzieli, że nie chcę, to i nie nalegała. Po wyjeździe w Polsce już nie była. Brat przyjeżdżał, kiedyś to i dwa–trzy razy w roku. Teraz jest na rencie, trochę schorowany, to i rzadziej bywa. Kiedyś pisał listy, teraz dzwoni. Często był z dziećmi. Bratanek ożenił się z Niemką, kiedyś zaglądał do mnie prawie w każde wakacje, teraz jeździ ze swoją rodziną w ciepłe kraje.

Ci, co uciekli przed frontem, przyjeżdżają dość często, ci, co wyjechali wiele lat po wojnie – rzadko, a niektórzy w ogóle. Nie mnie sądzić, czemu tak się dzieje. Biorą mnie często za tłumacza. Jeżdżę z nimi po cmentarzach, wioskach, spalonkach. Cieszą się, jak znajdą coś bliskiego. Ostatnio taka jedna, rok starsza ode mnie, co była pierwszy raz od wojny, bardzo się ucieszyła, bo w Glaznotach znalazła grób wujka. Muschikowski się nazywał. Zostawiła mi pieniądze na płytę, bo jej poradziłem nakryć grób płytą. Znalazłem taką u kamieniarza w Ostródzie, transport się trafił okazyjnie i grób nakryłem. Przysłała mi sto pięćdziesiąt, sto dziesięć dałem kamieniarzowi, kierowcy na piwo, resztę trzymam. Miała być w tym roku, jeszcze wiosną dzwoniła. Chyba jest chora, a tak bardzo chciała przyjechać poprawić te litery na tabliczce nagrobnej wujka.

Ja jeszcze trochę gospodarzę. Byki trzymam. Jednego, czasem dwa. W ubiegłym roku oddałem takiego, co miał ponad dziewięćset trzydzieści kilo. Teraz mam jednego, do tego krowę i jałówkę. Parę uli. Pszczoły u mnie nie padają.

Zaraz po wojnie chodziłem do szkoły w Glaznotach. Lekcje były gościnnie na plebanii, bo samą szkołę Ruskie spalili. Nie było tam piątej klasy i po dwóch latach poszedłem do Marwałdu. W Nidzicy skończyłem mechanizację rolnictwa, a potem jeszcze w Prabutach rachunkowość.
Najpierw pracowałem w Dylewie w POM–ie, ale to była brudna robota. Jak zaczęli budować stację przekaźnikową w Nowej Wsi, to się tam zatrudniłem. Najpierw robiłem łopatą, a po roku dostałem robotę w biurze. Odpowiadałem za sprawy magazynowe. Jak skończyli stację, to się nająłem za palacza, a w lecie gospodarzyłem.

Z tej roboty na etatach mam dzisiaj sto złotych renty i trzysta trzydzieści pięć emerytury. Idzie jakoś wyżyć, bo mam jeszcze dopłaty unijne za ziemię. No i swoje mleko, miód, owoce. A raz w roku pieniądze za bydlaki.

Pewnie, że ciężko tu samemu. Inni mają rodziny, a gorzej żyją niż ja. Piją, potem się biją, kłócą. Jak sobie pościelisz, tak się wyśpisz. Nie narzekam. Tak chciałem – i tak jest. W zimie to tu wszystkim ciężko, nie tylko mnie. Jak śnieg zasypie, to nie ma samochodu, żeby te górki przejechał. Trzeba czekać aż pług przyślą.

Kim ja jestem. No tak, kiedyś sobie myślałem, że Mazurem. Polacy mówili na mnie Niemiec, to nie mogłem być Polakiem. Niemcy mnie mieli za Polaka, to nie mogłem być Niemcem. No to jestem Mazurem.

Mało Mazurów zostało, ale kilku jest. Wczoraj był tu geodeta z Giżycka i robił pomiary do dopłat unijnych. Rozmawialiśmy przy sadzie, tam, obok grobu mojego ojca. Mówi do mnie, że jest Mazurem. No to ja do niego, że też jestem Mazurem. Uśmiechnął się, ja się też ucieszyłem. Tak się dwóch Mazurów na tym pustkowiu spotkało, do tego obaj z Polski.

Fragment książki Waldemar Mierzwy „Miasteczko”, która ukazała się jako dwudziesty tom serii „Moja Biblioteka Mazurska” Oficyny „Retman” z Dąbrówna. Książkę można nabyć w ostródzkich księgarniach. Cena detaliczna 30 zł. Więcej na: www.mojabibliotekamazurska.pl.

BLOG COMMENTS POWERED BY DISQUS
zgoda
Ta strona używa plików cookie w celu usprawnienia i ułatwienia dostępu do serwisu. Dalsze korzystanie z tej witryny oznacza akceptację tego stanu rzeczy.
Możesz samodzielnie decydować o tym czy, jakie i przez jakie witryny pliki cookie mogą być zamieszczana na Twoim urządzeniu. Przeczytaj: jak wyłączyć pliki cookie. Szczgółowe informacje na temat wykorzystania plików cookie znajdziesz w Polityce Cookie.