Czarne diabelskie jezioro

Legendy
Typography

W owych czasach, gdy Krzyżacy przybyli na ziemie Prusów, aby je zdobyć, a tym samym pogańskie plemiona nawrócić do wiary chrześcijan, cała okolica dookoła Jeziora Drwęckiego była jedną wielką, straszliwą puszczą, pełną niedźwiedzi, turów i wilków. W tej właśnie puszczy, na wschodnim brzegu jeziora, krzyżaccy rycerze wybudowali w 1270 roku zamek warowny. Wkrótce potem przybyli z gór Harzu emigranci, którzy osiedlili się obok rycerskiej twierdzy nad jeziorem, zaczęli karczować puszczę i założyli miasto na wschodnim wykarczowanym brzegu. Nazwali to miasto Osterode, co łatwo wytłumaczyć, bowiem po niemiecku „Ost” znaczy wschód, a „roden” – karczować. Zresztą w ich ojczystej ziemi, w Harzu też znajdowało się miasto o takiej samej nazwie.

Pod zamkiem rycerskim istniały ogromne piwnice oraz podziemne korytarze, obecnie już zasypane, z których jeden podobno wiódł pod jeziorem aż do lasu za dzisiejszym mostem kolejowym. Jedna z legend podaje, że właśnie tam znajdował się drugi zamek, w którym mieszkał okrutny rycerz. On to pogańskich Prusów, którzy nie chcieli wyrzec się swoich bogów, wrzucał do lochu w zamku, skazując na głodową śmierć.

Stało się tak, że pewnej jesiennej nocy nadeszła okropna burza. Jaskrawe błyskawice przecinały niebo, przeraźliwie trzaskały pioruny, strugi deszczu lały się tak obficie, że wody Jeziora Drwęckiego wystąpiły z brzegów i zalały ziemię dookoła. Gdy wreszcie nastał dzień, okazało się, że zamek okrutnego rycerza z jego mieszkańcami przepadł bez śladu, a na miejscu, gdzie jeszcze przed burzą stały jego mury, widniało już tylko jezioro z wodą czarną jak smoła. Ludzie doszli do wniosku, że widocznie diabeł wciągnął do piekła ten zamek razem z jego mieszkańcami i dlatego nazwali to jeziorko albo Czarnym albo Diabelskim.

Z początku unikano zbliżania się do tego przeklętego miejsca, ale z biegiem czasu ten i ów odważył się przechodzić tamtędy. Jednak nad brzegiem jeziora nie było bezpiecznie. Słyszało się i widziało rzeczy budzące zgrozę. Oto co przydarzyło się pewnej kobiecie z Liwy, która poszła do lasu po jagody. Wracając do domu zabłądziła w lesie; szukała drogi, aż tu noc zapadła i kobieta ku swemu przerażeniu stwierdziła, że przed nią znajduje się Jezioro Czarne. Księżyc w pełni jaśniał na niebie i oświecał lustro wody. Nagle kobieta ujrzała nad powierzchnią wody jakąś upiorną, skrzydlatą zjawę i w tej samej chwili dały się słyszeć z dna jeziora odgłosy skargi; łoskot był nie do zniesienia, słychać w nim było szczęk łańcuchów. Nie sposób czegoś takiego wytrzymać. Przerażona kobieta rzuciła się do ucieczki, wpadła w ciemny las, szczęśliwie znalazła ścieżkę do wsi, gdzie każdemu opowiadała o swoich przeżyciach nad Jeziorem Czarnym mówiąc, że czuje się szczęśliwa, bo tym razem wyszła cało z tej przygody.

Innym znów razem pewien oberżysta z tej samej wsi miał jakiś interes do załatwienia w leśniczówce. Dzień był upalny, wędrował więc z przyjemnością przez chłodny, cienisty las. Nagle tuż przed sobą zobaczył jeźdźca na karym koniu. Jeździec miał na sobie czerwony płaszcz. Chłop uznał, że to jakiś wielki pan, stanął więc na poboczu drogi i z szacunkiem ukłonił się zdejmując czapkę z głowy. Wówczas nieznajomy ściągnął cugle swego ognistego rumaka i odezwał się w te słowa:

– Drogi przyjacielu, skwar dziś nieznośny, zechciałbyś mnie zaprowadzić gdzieś nad wodę, abym mógł się wykąpać?

Oberżysta pośpieszył z odpowiedzią:

– O tak, łaskawy panie, tu w pobliżu jest Czarne Jezioro, ale ma dno muliste, trudno by znaleźć odpowiednie miejsce do kąpieli.
Jeździec zadecydował:

– Nie szkodzi, prowadź nad wodę.

Wobec tego oberżysta ruszył przodem, a gdy znaleźli się nad jeziorem, jeździec zsiadł z konia i poprosił, aby chłop zajął się zwierzęciem. Oberżysta trzymał wodze, a nieznajomy zdjął swój czerwony płaszcz, podszedł do wody i dał nura w głębinę. W tym momencie w wodzie coś zasyczało i z głębi buchnęła para. Wyglądało to tak, jakby ktoś w zimną wodę włożył rozżarzone żelazo. Gdy wreszcie „pan od czerwonego płaszcza” ochłodził się należycie, wyszedł z wody, narzucił płaszcz na ramiona i rzekł:

– Mój dobry człowieku, dziękuję ci za przysługę, jaką mi wyświadczyłeś. Wyciągnij sobie z tego kąpieliska w jeziorze jakiś kamień, to będzie moja zapłata za twoją fatygę.

Chłop aż się wzdrygnął, ale cóż miał robić? Przezwyciężając strach zrobił, co mu kazano; wyciągnął z wody kamień wielkości pięści i wtedy zobaczył, że jeźdźca już nie ma nad jeziorem. Przepadł. Po prostu zniknął, on i koń.

Przerażony oberżysta już nie próbował odszukiwać drogi do leśniczówki, czym prędzej udał się do domu i gdy chciał pokazać swojej żonie ów kamień, który wyciągnął z wody, zobaczył, że w ręku trzyma nie kamień a bryłę złota. Zakupił ją pewien złotnik w Królewcu; chłop dostał za nią tyle pieniędzy, że mógł nabyć ogromny kawał ziemi do swojej oberży i stał się najbogatszym gospodarzem we wsi.

Po tym wydarzeniu wielu ludzi chodziło nad Czarne Jezioro, wyciągali z niego kamienie, ale niestety, żaden nie zamienił się już w bryłę złota. Legenda mówi, że w głębi jeziora leżą niezliczone skarby i kiedyś także na pewno znów z ciemnej wody wynurzą się na światło dzienne.


***

O ile wyjaśnienie pochodzenia nazwy miasta nad Drwęcą specjalnych trudności nie nasuwa, wystarczy bowiem znać historię i mieć choćby szkolną znajomość języka niemieckiego, o tyle z pochodzeniem nazwy głównej rzeki powiatu sprawa nie jest taka prosta. Nie znajdziemy wyjaśnienia ani w polskim ani w niemieckim języku. Źródła nazwy należy szukać w bardziej odległej przeszłości. Wiemy, że Krzyżacy przybyli z misją chrystianizacyjną na ziemie zamieszkałe przez Prusów. Liczne plemiona pruskie zamieszkujące ówczesną Pomezanię, Warmię i Natangię, Pogezanię, puszczę Galindzką czy ziemie Sasinów to dawni Bałtowie. Stanowili nie tylko wspólnotę językową, zupełnie odrębną od znanej nam słowiańskiej czy germańskiej, łączyła ich także religia związana z kultem przyrody. I to właśnie Prusowie nadawali nazwy swoim osadom i wodom, nad którymi mieszkali. Czyżby więc Drwęca miała pruski rodowód? Nie, jeszcze głębiej musimy sięgnąć po źródło. Okazuje się bowiem, że nazwa naszej rzeki pochodzi z języka praindoeuropejskiego (tak twierdzi językoznawca T. Milewski) i oznacza tyle co pędzić, szybko płynąć. W dokumentach, już od 1230 roku zanotowano przeróżne formy tej nazwy. Jest więc i Drvancha, i Drewancza, mamy Drawantę i Drwanczę, Drebantz tudzież Dribentz, od XIX wieku niemiecką formę – Drewenz, no i naszą polską Drwęcę. Od źródeł na południu, od Drwęcka niesie swoje bystre, wartkie wody wraz z dostojną nazwą przez 245 kilometrów, aby pod Toruniem zasilić Wisłę i razem wpłynąć do Bałtyku. Nie tylko Drwęca ma takie stare imię... Oto Liwa, mała rzeka na trasie Kanału Elbląskiego. Językoznawcy dowodzą, że rdzeń tej nazwy oznacza w praindoeuropejskim języku nisko położone miejsce zalewane wodą. I wreszcie rzeka Wel, czyli lewy dopływ Drwęcy też ma prastarą nazwę, bowiem vel – oznacza tyle co wilgoć, ciecz, woda.

Nikt już nie posługuje się językiem praindoeuropejskim, nieliczni bałtyści znają język pruski, który w wyniku germanizacji, polonizacji bądź lituanizacji mówiących tym językiem Prusów stał się językiem martwym już w XVII wieku, a przecież wiedza o znaczeniu dla kultury Europy dokonań dawnych jej mieszkańców jest niezbędna. Niewiele zostało pisanych dokumentów, świadectwa o języku i kulturze Prusów. Zostały jednak bardzo ciekawe nazwy miejscowe.

Legendy i opowieści ziemi ostródzkiej, OSK Sasinia 2010.

zgoda
Ta strona używa plików cookie w celu usprawnienia i ułatwienia dostępu do serwisu. Dalsze korzystanie z tej witryny oznacza akceptację tego stanu rzeczy.
Możesz samodzielnie decydować o tym czy, jakie i przez jakie witryny pliki cookie mogą być zamieszczana na Twoim urządzeniu. Przeczytaj: jak wyłączyć pliki cookie. Szczgółowe informacje na temat wykorzystania plików cookie znajdziesz w Polityce Cookie.