- Nareszcie! – westchnął z nieskrywaną ulgą wachmistrz kryminalny Gustav Wirth, gdy rozsiadł się w swym służbowym fotelu. Była dopiero ósma rano, ale lipcowe słońce 1919 roku dawało się we znaki już od wschodu, racząc mieszkańców Ostródy niemiłosiernym upałem. Jako, że policjant nie należał do ludzi wątłych, bo jak sam twierdził policjant powinien mieć posturę budzącą respekt, szczególnie ciężko znosił tak wysokie temperatury. Nie pomagał nawet przewiewny, letni, uszyty z cieniutkiej wełny garnitur w kolorze beżu i kratę księcia Walii, ani delikatna lniana koszula. Wszystko to przyklejało mu się do ciała, wywołując na twarzy policjanta skrzywienie a w myślach obrzydzenie. Jedyne co go dziś tak bardzo cieszyło to to, że nie zamierzał, aż do fajrantu, wychodzić ze swojego biura mieszczącego się w piwnicach nowego ratusza przy Schillerstraβe (ul. Sienkiewicza). Wnętrze, było raczej skromnie urządzone, jak to biuro urzędnika opłacanego z budżetu państwa. Jednak w taką pogodę piwniczne położenie i grube mury okazywały się niezastąpione. Praca papierkowa nigdy nie cieszyła go bardziej jak dziś.

W Zielone Świątki roku 1946, które przypadały 9 czerwca, dowodzony przez wachmistrza Henryka Wieliczko „Lufę” 4 szwadron 5 Brygady Wileńskiej Armii Krajowej rozkłada się biwakiem w lesie nad Kanałem Oberlandzkim (obecnie Ostródzko-Elbląskim), pomiędzy wsiami Liksajny i Miłomłyn. To trzeci dzień pobytu oddziału na Mazurach. Po koncentracji Brygady w leśniczówce Witoszewo, szwadron wachmistrza „Lufy”, przy którym od tej pory miał przebywać sam major „Łupaszka”, otrzymał najbardziej odpowiedzialne zadanie ze wszystkich oddziałów – rozpoznać zachodnią część Mazur.

Wtorek, 11 czerwca 1946, opuszczone zabudowania gospodarcze 2 km od szosy sztumskiej. Partyzanci 5 Szwadronu 5 Brygady Wileńskiej od kilku godzin ukrywają się w parterowym budynku, obserwując ze strychu wzmożony ruch ciężarówek z wojskiem i milicją. Półprzytomny podporucznik Zdzisław Badocha „Żelazny” majaczy w gorączce. Sanitariuszka Danuta Siedzikówna „Inka” aplikuje mu sulfonamidy i morfinę. Nic więcej nie może zrobić. Rana odniesiona w potyczce pod Tulicami ciągle krwawi i żołnierze bezsilnie patrzą na cierpienia swojego dowódcy.

Kończy się pierwsza dekada czerwca 1946 roku. Piąty szwadron 5 Brygady Wileńskiej, dowodzony przez podporucznika czasu wojny Zdzisława Badochę „Żelaznego”, ma prawo czuć się zmęczony, ale partyzantom humory dopisują. Bo i mają się czym szczycić. Błyskawiczny rajd, jaki przeprowadzili po terenie Prus Wschodnich przyniósł efekty, które przyprawiły o bezsilną wściekłość siły bezpieczeństwa. Dość wspomnieć, że jednego tylko dnia, 19 maja 1946 roku, przejeżdżają zdobycznym Studebakerem ponad 100 kilometrów, rozbijając po drodze posterunki milicji w Kaliskach, Osiecznej, Osieku, Skórczu, Lubichowie, Zblewie i w Starej Kiszewie. Rozbrajają milicjantów (wystawiając im pokwitowania za odebraną broń), niszczą połączenia telefoniczne i palą dokumentację. Zaskoczone załogi posterunków nie stawiają oporu, partyzanci zaś nie robią im krzywdy. Ujętych funkcjonariuszy milicji lub żołnierzy Ludowego Wojska Polskiego, o ile nie „wsławili” się zbrodniami przeciwko ludności polskiej albo nie atakowali oddziałów podziemia – zawsze puszczają wolno. Co innego z funkcjonariuszami UB. Tych żołnierze „Łupaszki” od zawsze uznają za członków organizacji zbrodniczej, podobnie jak wcześniej gestapo i NKWD. Dlatego w Starej Kiszewie rozstrzeliwują pięciu ubeków i jednego enkawudowca. C’est la guerre...

Więcej artykułów…

zgoda
Ta strona używa plików cookie w celu usprawnienia i ułatwienia dostępu do serwisu. Dalsze korzystanie z tej witryny oznacza akceptację tego stanu rzeczy.
Możesz samodzielnie decydować o tym czy, jakie i przez jakie witryny pliki cookie mogą być zamieszczana na Twoim urządzeniu. Przeczytaj: jak wyłączyć pliki cookie. Szczgółowe informacje na temat wykorzystania plików cookie znajdziesz w Polityce Cookie.