Przyznaję się! Tak, tak, przyznaję się! – krzyczała Dorota, patrząc z przerażeniem na rozżarzone do białości szczypce w rękach kata. – Nie róbcie mi krzywdy, wszystko powiem, wszystko! Tylko nie pozwólcie temu bydlakowi, żeby mi znowu... Boże, nie pozwólcie! Tak, zabiliśmy, zabiliśmy, o ja nieszczęsna, kazaliśmy udusić, zabiliśmy, ale ja umiłowałam Ottona! Boże, jak ja go umiłowałam!

Wydarzenia, o których rozpisywała się nazistowska prasa w całych Niemczech, rozegrały się na początku lipca 1940 roku w lesie Skapen, w pobliżu ujścia Kanału Oberlandzkiego (obecnie Elbląskiego) do Jeziora Drwęckiego. Swój początek miały trzy tygodnie wcześniej pod Miłomłynem, gdzie na śródleśnej drodze w okolicach Bieberswalde (dzisiejsza Liwa) oddział motocyklistów SS zatrzymał niewielki tabor litewskich Cyganów. W dwóch klatkach na wozach podróżowały z nimi trzy tresowane w słynnej akademii smorgońskiej niedźwiedzie. W jednej dwie młode samice, w drugiej wielki, prawie czterystukilogramowy samiec. Po „rutynowym” w przypadku skundlonych rasowo Ariów, za jakich mieli Cyganów niemieccy teoretycy rasizmu, przeszukaniu i wybebeszeniu wozów, skatowaniu mężczyzn i upokorzeniu kobiet, dowódca oddziału zarządził pokaz dla swoich żołnierzy. Pod lufami szmajserów kazał muzykom grać, a Cygankom tańczyć razem z niedźwiedziami. W końcu, znudzony, rozkazał zabić zwierzęta, a ludzi związać i wrzucić na wozy. SS-mani otworzyli ogień. Obie niedźwiedzice przeszyte kulami padły na miejscu, ale samiec, niegroźnie tylko ranny w kark, zdołał uciec do lasu.

Na zwłoki Kostasa R. natrafił o 4 rano przypadkowy wędkarz. Obnażone do połowy, leżały na wznak w płytkiej wodzie u ujścia Drwęcy do jeziora, tuż obok drewnianego budynku byłej tawerny i wypożyczalni kajaków. Wędkarz, zanim pobiegł z krzykiem wzywać milicję, najpierw zwymiotował. Pierwszy raz widział tak zmasakrowaną twarz.

Szczególnie w latach siedemdziesiątych XVII stulecia nasiliły się procesy o czary. W całej Europie zapłonęły stosy. Wzrosła wówczas wiara w to, że to właśnie czarownice są winne wszystkim nieszczęściom dnia powszedniego. Zdechł koń, krowa nagle przestała dawać mleko, ktoś zachorował, mimo że poprzedniego dnia nic mu nie było – wszystko to wina czarownic. Nieszczęśnicy, którym przed sądem „udowodniono” czary i konszachty z diabłem, zazwyczaj kończyli w męczarniach na stosie, w najlepszym razie wyganiano ich ze wsi i miast. Dawało to wielkie możliwości ludziom nikczemnym i podłym, żeby załatwić swoje porachunki w majestacie prawa.

Więcej artykułów…

zgoda
Ta strona używa plików cookie w celu usprawnienia i ułatwienia dostępu do serwisu. Dalsze korzystanie z tej witryny oznacza akceptację tego stanu rzeczy.
Możesz samodzielnie decydować o tym czy, jakie i przez jakie witryny pliki cookie mogą być zamieszczana na Twoim urządzeniu. Przeczytaj: jak wyłączyć pliki cookie. Szczgółowe informacje na temat wykorzystania plików cookie znajdziesz w Polityce Cookie.