Truciciel

Opowieści
Typography

- Nareszcie! – westchnął z nieskrywaną ulgą wachmistrz kryminalny Gustav Wirth, gdy rozsiadł się w swym służbowym fotelu. Była dopiero ósma rano, ale lipcowe słońce 1919 roku dawało się we znaki już od wschodu, racząc mieszkańców Ostródy niemiłosiernym upałem. Jako, że policjant nie należał do ludzi wątłych, bo jak sam twierdził policjant powinien mieć posturę budzącą respekt, szczególnie ciężko znosił tak wysokie temperatury. Nie pomagał nawet przewiewny, letni, uszyty z cieniutkiej wełny garnitur w kolorze beżu i kratę księcia Walii, ani delikatna lniana koszula. Wszystko to przyklejało mu się do ciała, wywołując na twarzy policjanta skrzywienie a w myślach obrzydzenie. Jedyne co go dziś tak bardzo cieszyło to to, że nie zamierzał, aż do fajrantu, wychodzić ze swojego biura mieszczącego się w piwnicach nowego ratusza przy Schillerstraβe (ul. Sienkiewicza). Wnętrze, było raczej skromnie urządzone, jak to biuro urzędnika opłacanego z budżetu państwa. Jednak w taką pogodę piwniczne położenie i grube mury okazywały się niezastąpione. Praca papierkowa nigdy nie cieszyła go bardziej jak dziś.

- O dziewiątej odprawa, a potem z powrotem na fotel i tak do trzeciej – pomyślał i uśmiechnął się do siebie będąc dumnym z chytrego planu.

Wirth nie miał jednak wcale zamiaru pracować. Zresztą i tak w Ostródzie od dawna nic się nie działo. Od kiedy skończyła się wojna i do domów wrócili mężczyźni było co prawda trochę burd, pijackich kłótni i awantur w lupanarach. Nic jednak czym należałoby się martwić, a już na pewno nie w taką pogodę. To były zadnia dla zwykłych krawężników. On zaś piastował jednoosobowy urząd wachmistrza kryminalnego, który to wprowadzono do ostródzkiego komisariatu w 1918r. Przełożeni uznali, że również na prowincji powinni znajdować się oficerowie policji oddelegowani do prowadzenia najtrudniejszych spraw. Szczególnie, że sytuacja polityczna po przegranej wojnie nie była w kraju spokojna. Jednak z dala od Berlina życie wydawało się biec tym samym przedwojennym rytmem. O tym, że świat spustoszyła krwawa wojna przypominały jedynie kobiety w czerni wciąż opłakujące swoich mężów.

Gruby policjant rozpiął guzik przy doczepianym do koszuli kołnierzyku, poluzował krawat, rozsiadł się wygodnie kładąc nogi na biurku i nasłuchując czy przez przypadek nie słychać na korytarzu jakiegoś nieproszonego gościa wyciągnął z pomiędzy papierowych teczek wymięte, kolorowe czasopismo, z nie do końca odzianymi damami. Do szczęścia brakowało mu jedynie chłodnego, jasnego, piwa od Braci Stein. To jednak musiał odłożyć na popołudnie.

- Herr Kriminalwachtmeister! – służbowym tonem pozdrowił Wirtha posterunkowy Kompa otwierając energicznie i co gorsza bez pukania drzwi gabinetu.

Wachmistrz tak bardzo oddał się kontemplacji ponętnych, germańskich kształtów Helgi, miss Oberlandu, że nie usłyszał kroków zbliżającego się policjanta. Siedział teraz z miną dziecka przyłapanego na gorącym uczynku, cały pąsowy na twarzy. Posterunkowy mógłby się nawet roześmiać widząc okrągłą twarz przełożonego, która wyglądała jak jabłko z zakręconymi ku górze siwymi wąsami, szybko mu się jednak tego odechciało gdy zrozumiał jaki popełnił błąd.

- Kompa, kretynie! – wycedził przez zaciśnięte zęby Wirth, próbując jednocześnie ukryć dowody swej zbrodni pomiędzy papierami i biurowymi utensyliami niedbale rozrzuconymi na stanowisku pracy. 

– Urwało ci ręce na wojnie? Matka cię w chlewie ze świniami trzymała czy między ludźmi? Nie widzisz, że studiuję akta? – Wskazał ruchem ręki na rozrzucone niedbale papierowe skoroszyty na biurku.

Widząc, że udało się wywrzeć odpowiedni efekt psychologiczny i zmasowanym atakiem odwrócić uwagę posterunkowego od trefnej prasy dodał już o wiele łagodniej i spokojniej.

- Skoro już tu wlazłeś mógłbyś wreszcie powiedzieć dlaczego marnujesz mój cenny czas, Kompa?

- Tak jest Herr Kriminalwachtmeister! – odpowiedział posterunkowy, wciąż wyraźnie przestraszony – Przyszła Pani Olga Blaschkowsky, w sprawie zatrucia dziecka.

- Co mnie to obchodzi. Wyślij ją do Sobottki. To jego sprawa.

- Ale, pan Sobottka ma wolne. Urodził mu się syn. Komisarz kazał do Pana…
Słowo komisarza okazało się wystarczającym argumentem, z którym nawet Wirth nie mógł dyskutować. Zrezygnowany poprawił się na fotelu, podciągnął krawat i niedbale machnął ręką by Kompa czym prędzej przyprowadził Panią Blaschkowsky. Czas pogodzić się, że zamiast z krągłą Helgą spędzi dzisiejsze popołudnie z zapłakaną Olgą. A ta perspektywa nie napawała go optymizmem.

II

Pani Blaschkowsky okazała się 24 letnią żoną niezamożnego szewca z Ritterstraβe (nieistniejąca ulica równoległa do placu 1000-lecia). Ku swojemu zaskoczeniu Wirth odkrył, że kobieta była wcale nie brzydka. Smukła figura ukryta pod prostą szarą i znoszoną suknią, szczupła, pociągła twarz i upięte pod skromnym kapeluszem blond włosy wydawały mu się nad wyraz atrakcyjne. Jednak napuchnięte od płaczu oczy i piskliwy, histeryczny wręcz głos rujnował obraz całości. Zdecydowanie była to jedna z tych kobiet, które tracą na atrakcyjności gdy się odzywają.

- Panie Oficerze! Musi Pan nam pomóc! Moje dziecko zostało otrute! Moja mała Klara! On jest taka niewinna, nic przecież nikomu nie zrobiła! Panie Policjancie. Proszę! Błagam! – wykrzyczała prawie na jednym oddechu, z histerią w głosie, co chwilę wycierając oczy i nos.  

Widok nie pierwszej świeżości bawełnianej chusteczki, która dawno powinna być wymieniona, doprowadzał go do mdłości. A głos irytującej petentki zdążył już wywołać ból głowy. Wirth chciał więc szybko załatwić sprawę, aby uratować choć trochę dnia.

- Spokojnie! Musi mi Pani opowiedzieć wszystko po kolei. Inaczej nie będę mógł Pani pomóc. – powiedział wbrew sobie, choć starał się brzmieć jak najbardziej autentycznie i sprawiać wrażenie troskliwego i zainteresowanego.

- Proszę – niechętnie podał kobiecie świeżą chustkę z wyhaftowanym inicjałem G.W. – A teraz po kolei. Kiedy zachorowała Pani córka?

- Wczoraj wieczorem, po kolacji – odpowiedziała wyraźnie uspokojona kobieta.

– Mieliśmy z mężem iść już spać, ale usłyszeliśmy płacz. Okazało się, że mała jest cała rozpalona i ma biegunkę. Wezwaliśmy lekarza, a ten od razu kazał jechać do szpitala. Całą noc przy niej byłam... Moja mała Klara! – znów zapłakała i solidnie wydmuchała nos w chusteczkę policjanta.

- Dobrze. Ile lat ma Pani córka?

- W maju skończyła dwa.

- Skąd Pani wie, że dziewczynka została otruta? To chyba normalne, że małe dzieci robią pod siebie i chorują? To chyba sprawa dla lekarzy nie policji? – zapytał Gustav, podejmując ostatnią heroiczną próbę pozbycia się kobiety.

- Panie Posterunkowy! Ja wiem, że ma mnie Pan za wariatkę i przewrażliwioną matkę. My kobiety jednak wiemy takie rzeczy. To się nigdy wcześniej nie zdarzyło! Ona jest naprawdę chora. Ja bardzo uważam co dajemy dzieciom do jedzenia. Wszystko kupujemy u najlepszych handlarzy. Nawet w czasie wojny przywoziliśmy dla nich zapasy od rodziców męża ze wsi. Mają gospodarstwo w Kraplewie. Świeże warzywa, mleko od krów. Wszystko co najlepsze! Teraz oczywiście kupujemy w mieście bo szybciej. I aprowizacja już lepsza. Nie to co kiedyś. – mówiła pełna emocji i przejęcia.

Wirth oparł łokcie o blat biurka chowając twarz w ręce. Wiedział już, że ten dzień nie może skończyć się dobrze. Dawno wezwałby już Kompę i kazał odprowadzić Panią Blaschkowsky, pozbywając się jej klasycznymi dla policjantów zapewnieniami, że oczywiście, zajmą się..., dobro obywatela jest najważniejsze..., policja już pracuje i tak dalej... Coś jednak nie dawało mu spokoju. Odzywało się wewnętrzne przeczucie psa gończego, które nie raz doprowadziło go do rozwiązania sprawy. A kogo jak kogo, ale swojej intuicji nie zwykł ignorować. Wachmistrz znał bowiem wiele historii o chorobach i zatruciach wywołanych fałszowaniem jedzenia przez handlarzy. Szczególnie w czasie wojny gdy wszystkiego było mało. Sam nie raz narzekał wydłubując z pomiędzy zębów trociny, którymi wysypywano piece chlebowe chcąc oszczędzić drogocenną mąkę. We wschodniopruskiej prasie w czasie Wojny wiele było informacji o zaradnych producentach dodających do swych wyrobów przeróżnych składników by zrekompensować braki w zaopatrzeniu. Do chleba, zwanego wojennym, dodawano ziemniaków, mąki z fasoli, buraków pastewnych czy brukwi. Co i tak nie było najgorsze. Pod koniec wojny jedzenie sprzedawano tylko na kartki. On zaś zamiast zajmować się poważną pracą musiał ścigać nieuczciwych handlarzy sprzedających po zawyżonych cenach, bądź poza oficjalnym obrotem. Pamiętał też kilka głośnych przypadków z Pomorza, o których rozpisywały się gazety, jak ludzie zatruwali się kupując żywieniowe wynalazki. Na przykład w 1916r. powszechnie sprzedawano surogat jaj, który okazał się krochmalem ziemniaczanym z dodatkiem farby ściennej. Pojawiły się też zatrucia po spożyciu „chrzczonego” masła, w którym wykryto klej, ziemniaki i tymianek. No ale to była wojna. Każdy radził sobie jak mógł. Teraz w sklepach znów nie brakowało towaru, choć na pewno ludzi nie było stać na tak wiele jak w kiedyś. Co więcej także w Ostródzie nie był to pierwszy tego typu przypadek. Słyszał, że jego koledzy prowadzili już kilka dochodzeń na okoliczność zatruć, szczególnie wśród dzieci. Kilka z nich skończyły się śmiercią. To było jednak zanim utworzono jego wydział kryminalny a śledztwa nic nie wykazały. Zresztą nie wiele go to wtedy interesowało. Teraz jednak nie miał wyboru. Im szybciej zamknie sprawę, tym szybciej będzie mógł wrócić do nic nie robienia, a komisarz zostawi go w spokoju.

- Dobrze! Zajmę się tym – poinformował swoją rozmówczynię wachmistrz. Stanowczo odrywając ręce od twarzy i poprawiając się na fotelu, co wyraźnie zaskoczyło kobietę. - Tylko jak... - to jednak dodał już w myślach.

- Będę Panu bardzo wdzięczna! W Panu nasza nadzieja komisarzu!

- Jestem wachmistrzem droga Pani. – poprawił Panią Blaschkowsky, z irytacją w głosie po tym gdy ta w ciągu tej krótkiej rozmowy zdążyła nazwać go już posterunkowym, oficerem i komisarzem. Jak tak dalej pójdzie zostanę prezydentem policji wschodniopruskiej – pomyślał.

- Ale będzie Pan Komisarzem! Na pewno! W Panu tylko nasza nadzieja! – kobieta w jednej chwili z histerii przeszła do tonu pełnego patosu i płomiennych deklaracji.

- Pani Olgo... - przerwał jej lekko zrezygnowany i zmęczony rozmową Wirth – musimy działać spokojnie i merytorycznie. Chaos nam nie pomoże, jedynie opóźni sprawę. Właściwie to mam już plan działania. Proszę napisać mi listę sklepów, w których przeważnie robi Pani zakupy.

Kobieta wynotowała szybko kilka nazw po czym wachmistrz serdecznie jej podziękował, ucałował w rękę i gdy ta chciała coś dodać grzecznie acz stanowczo odprowadził ku drzwiom swojego gabinetu. Życzył zdrowia córeczce i obiecał, że sprawę wyjaśni.

Gdy był już sam zamknął oczy i zastanawiał się dlaczego to akurat on ma tyle pech w ten cholerny upalny dzień. Wiedział, że za chwilę będzie musiał opuścić swoją chłodną oazę. Musiał jeszcze tylko wykonać kilka połączeń telefonicznych.
Zanim jednak zdążył chwycić słuchawkę dostrzegł kątem oka Kompę stojącego w progu. Wyglądał na bladego i przerażonego.

- Co jest Kompa? – burknął Wirth. – Znów chcesz mi przeszkadzać?

- Panie Wachmistrzu... ta dziewczynka... ta otruta... ona nie żyje. Dzwonili ze szpitala.

III

Wirth z wielką ulgą opuścił rozgrzany plac Nowego Rynku i wszedł w Baderstraβe (Pułaskiego), chowając się w cieniu wysokiego gmachu Deutsches Haus. Przechodząc koło niego musiał aż odwrócić głowę, by nie myśleć o zimnym piwie, na które od rana tak liczył. Obiecał sobie, że jeszcze tam wróci. Teraz jednak skupiał się na pracy. Nie wiele rzeczy go w pracy ruszało bo i wiele widział. Jedno jednak wciąż wywoływało w nim nieopisaną i nieokiełznaną złość. Skurwysyni, którzy krzywdzą dzieci. Jego umysł pracował na najwyższych obrotach. Przypomniały mu się lata młodości, gdy większość swojej służby spędzał w terenie. Lubił tą adrenalinę i emocje. One napędzały go do działania. Dziś co prawda bardziej cenił sobie spokój i zacisze swojego gabinetu. Dlatego właśnie przyjął posadę wachmistrza kryminalnego w Ostródzie, gdzie do zbrodni rzadko dochodziło. Wolał to niż o wiele ciekawszą a przez to niebezpieczniejszą karierę w Olsztynie. Jednak od czasu do czasu miło było poczuć się jak za dawnych lat.

Wachmistrz stał oparty o ścianę budynku, zasłaniając twarz słomkowym kapeluszem. Przyglądał się pomiętej kartce z odręcznymi notatkami, którą przed chwilą wyjął z kieszeni. Komisarz jeszcze raz przestudiował swoje zapiski poczynione po rozmowie z wachmistrzem Sobottką. Ten uradowany narodzinami potomka nie był jednak gotowy do merytorycznej dyskusji. Powiedział tylko gdzie zostawił akta sprawy i swoje notatki, które wachmistrz skrupulatnie przestudiował. Sobottka badał bowiem wcześniejsze przypadki zatruć. Okazuje się, że policjant wydziału obyczajowego, który w mniemaniu Wirtha, zajmował się jedynie dziwkami roznoszącymi syfilis i morfinistami włóczącymi się nocami po mieście, miał całkiem niezły policyjny warsztat. Uporządkowane informacje, spostrzeżenia, dane świadków pozwoliły szybko nadrobić zaległości w sprawie. Wszystkie ofiary zatruć i ich rodziny zostały przesłuchane, a zeznania skrupulatnie zanotowane. Pozwoliły one wpaść na pewien pomysł, który najwyraźniej jego koledze po fachu nie przyszedł do głowy.

Sobottka skupił się bowiem na ustaleniu co mogło zaszkodzić poszkodowanym. Ponieważ jednak nie potrafił wskazać jednej przyczyny, a zeznania świadków znacząco się różniły, śledztwo stanęło w miejscu. Okazało się, że wszyscy poszkodowani zatruli się w innych okolicznościach.

- Amator – Pomyślał Wirth uśmiechając się do siebie w duchu – niech lepiej wraca do swoich syfilików. Wiedział, że pytanie, które należało postawić brzmi nie co, ale skąd. I tak ku swojemu wielkiemu niezadowoleniu z powodu konieczności narażenia się na upał, odwiedzając kilka domów udało się ustalić, że wszyscy poszkodowani mają jeden wspólny mianownik. Wszyscy robią zakupy na Baderstraβe w sklepie kolonialnym Heinricha Grabowskiego.

Na ten właśnie sklep spoglądał teraz Gustav obmyślając plan działania. Widział przez okno właściciela, który pogania młodą, zgrabną dziewczynę, zapewne pomoc sklepową. Z szerokim uśmiechem, jaki mają tylko sprzedawcy, pokazywał klientkom przeróżne wiktuały, zachwalając ich jakość. Nie sam sklep był jednak przedmiotem zainteresowania doświadczonego policjanta ale mieszcząca się w piwnicach mleczarnia. To tam okoliczni mleczarze dostarczali mleko, które sprzedawano w sklepie.

Policjant znał już rozwiązanie zagadki zatruć. Potrzebował jedynie dowodów. Rozważał kilak opcji. Było mu gorąco i był rozdrażniony. Miał już dość straty czasu i stania na słońcu. Miał ochotę wejść do środka, złapać Grabowskiego za krawat i zbić mu z twarzy ten fałszywy uśmiech. Wiedział jednak, że w wypadku pomyłki może pożegnać się z pracą. Poza tym w sklepie było dużo świadków, którzy mogli poświadczyć o nadmiernej brutalności stróża prawa, co również skończyłoby się zwolnieniem. Nie, to zadanie Gustavie musisz rozwiązać jak zawodowiec, stary wyga jakim jesteś – powiedział sam do siebie. I jak przystało na starego policjanta wiedział już co zrobić. Zmiął i schował do kieszeni notatki. Poprawił krawat i kapelusz po czym pewnym krokiem ruszył z stronę sklepowych drzwi.

IV

- A może czekoladki?! – zachwalał swój asortyment właściciel sklepu – najlepsze! Belgijskie. Jestem jedynym importerem tegoż smakołyku w całej Ostródzie! Nigdzie nie znajdzie Pan Wachmistrz lepszych! Idealne dla małżonki!

- Nie mam żony i nie potrzebuję czekoladek – odparł z nieskrywaną irytacją w głosie Wirth. Staremu sklepikarzowi usta się nie zamykały, co potęgowało jedynie ból głowy, który nie opuszczał go od porannej rozmowy z panią Blaschkowsky. Natarczywy sprzedawca co chwilę wyciągał spod lady kolejne „wyjątkowe” specjały, których nigdzie indziej w mieście przecież nie było. Gdy ten znów skierował swój wzrok w stronę kolejnego produktu, tym razem egzotycznych pomarańczy, które jeszcze dwa dni temu miały dotrzeć do królewieckiego portu, nie wytrzymał.

- Panie Grabowski! – powiedział mocno i zdecydowanie. – Chcę tylko mleko. Jedną, litrową butelkę, zwykłego, świeżego, naszego, oberlandzkiego mleka. – mówił dalej powoli, sylabizując by jego wypowiedź została dobrze zrozumiana. – Czy tak trudno to pojąć!

- Dobrze! Nie musi być Pan opryskliwy, Herr Kryminalwachtmeister. Myślałem, że osoba na pana stanowisku ma jednak bardziej wysublimowany gust, a kupowanie mleka zostawia Pan gosposi. No ale najwyraźniej się pomyliłem. Proszę oto Pańskie mleko – odrzekł urażony sklepikarz stawiając szklaną butelkę na drewnianej ladzie jednocześnie wykrzywiając minę w akcie pogardy, jak gdyby zobaczył przed sobą trędowatego.

Wirth rzucił na ladę kilka fenigów po czym bez słowa wyszedł ze sklepu nie odwracając się za siebie. Wiedział, że i tak tu wróci, tylko nie sam. I ta myśl wyraźnie dodawała mu rezonu!

V

Sala restauracji Deutsches Haus była elegancka i kameralna. Dzięki rozłożonym nad zewnętrznymi oknami markizami panował w niej delikatny półmrok, który dodawał dyskrecji i sprawiał, że można było poczuć przyjemny chłód. Ściany wyłożone były stylową drewnianą boazerią i wzorzystymi zielonymi tapetami. W centralnym miejscu wisiał jeszcze portret Cesarza Wilhelma II oraz parę akwarel z lokalnymi widokami. O tej porze dnia przy sąsiednich stołach siedziało nie wiele osób. Głównie goście hotelowi przybywający do miasta w interesach. Wirth rozpoznał tez kilka znajomych twarzy, wyższych stopniem urzędników z apetytem i w pośpiechu konsumujących swój obiad.

- Czym mogę służyć Panu Wachmistrzowi!? – zapytał kelner w iście żołnierskim tonie prężąc się na baczność i wyrywając z zamyślenia policjanta.

- Zupę rakową i chleb. – Wirth przez upał nie czuł wielkiego głodu, ale zupy z lokalnych raków nie mógł sobie odmówić. – A! Jeszcze jedno. Proszę mnie słuchać uważnie. Tu ma pan mleko. Weźmie je pan teraz do kuchni, przeleje do rondla i zagotuje. Jasne?

- Tak, ale.. szanowny panie my mamy mleko… co pan sobie życzy… - próbował odpowiedzieć wyraźnie zaskoczony dziwną prośbą policjanta kelner.

- Co ja sobie życzę to ja już wiem – przerwał Wirth. – Proszę dokładnie wykonać moje polecenie. To sprawa policyjna. A więc, wstawi pan to mleko na kuchnię, po czym wygotuje, aż nic nie zostanie. Gdy tak się stanie proszę mi przynieść ten rondel. To dowód w sprawie. Zrozumiano?

- Tak jest! Wstawić, zagotować i okazać! – odparł znów jak posłuszny żołnierz nie starając się odnaleźć sensu dziwnego polecenia.

Gustav domyślił się, że ów mężczyzna niedawno wrócił z wojny. I choć zamienił mundur na białą koszulę, przyzwyczajenia i musztra zostaną w nim na zawsze. To wzbudziło w policjancie cień sympatii i zrozumienia. Uśmiechnął się delikatnie, wręczając dyskretnie mężczyźnie markę za fatygę.

Zupa jak zawsze była świetna. Kawałki raków, ryb i delikatny zaprawiony śmietaną rybny bulion! Kwintesencja Oberlandu – pomyślał Wirth zjadając ostatni kawałek chleba, nasączonego aromatycznym płynem. Na więcej przyjdzie pora później. Póki co robota. W tym właśnie momencie wszedł na salę kelner z rondlem i nie małym zdziwieniem na twarzy.

- Zrobiłem jak Pan kazał, ale to mleko było jakieś dziwne – powiedział podsuwając przypalony rondel policjantowi.

- A właśnie, że jest takie jak być powinno! – uśmiechną się policjant zaglądając do środka rondla, którego dno pokryte było białą mazią. – dokładnie takie miało być. Spisał się pan wzorowo, A teraz proszę zatelefonować na posterunek niech przyślą patrol.

VI

Tego dnia na ostródzkim starym mieście zrobił się niezły harmider. Tłumy gapiów obserwowały aresztowanie Heinricha Grabowskiego. Gdy wyprowadzano go ze sklepu krzyczał wniebogłosy, zaklinając się na wszystkie świętości, że jest absolutnie nie winny i nie ma nic wspólnego z zatruciami. O niczym nie wie i nic nie zrobił.

Wirth zaniósł jednak rondel na komisariat, a po wezwaniu miejscowego lekarza, który dysponuje mikroskopem potwierdzono ustalenia policjanta. Stary sklepikarz również wykorzystywał trudne czasy by się dorobić oszukując klientów. Mleko, które przychodziło do jego kamiennicy było rozcieńczane wodą. Ponieważ jednak traciło w trakcie tej operacji kolor i smak, stając się zbyt przeźroczyste i mogąc zostać zdemaskowane, dodawał więc do niego… gipsu. Ten jednak powodował zatrucia pokarmowe i biegunki. Jednak u małych dzieci o niedostatecznie odpornym układzie pokarmowym prowadził nawet do śmierci. Po wnikliwej rewizji sklepu i magazynu okazało się, że „chrzczonych” produktów jest znacznie więcej. Wszystkie one odpowiadają zeznaniom poszkodowanych mieszkańców miasta. Okryty niesławą nieuczciwy sprzedawca trafił do aresztu, gdzie oczekiwać będzie na proces.

Pomimo zrujnowanego planu na dzisiejszy wieczór Gustav czuł satysfakcję. Szczególnie, że teraz, siedząc na tarasie restauracji Deutsches Haus, po całym dniu biegania w palącym słońcu mógł spokojnie usiąść i raczyć się złotym trunkiem od braci Stein. Trunkiem, który na pewno nie był rozcieńczany ani zabarwiany. Miał za to w sobie tę magiczną kombinację mazurskiej wody, słodu, chmielu i drożdży, którą wszyscy tak kochamy. Prawdziwa jakość i uczciwość zawsze się obroni – pomyślał policjant ciesząc się ciepłym letnim wieczorem.

zgoda
Ta strona używa plików cookie w celu usprawnienia i ułatwienia dostępu do serwisu. Dalsze korzystanie z tej witryny oznacza akceptację tego stanu rzeczy.
Możesz samodzielnie decydować o tym czy, jakie i przez jakie witryny pliki cookie mogą być zamieszczana na Twoim urządzeniu. Przeczytaj: jak wyłączyć pliki cookie. Szczgółowe informacje na temat wykorzystania plików cookie znajdziesz w Polityce Cookie.