Wyklęci pod Ostródą: Bitwa w Tulicach, czyli trzy błędy "Żelaznego"

Opowieści
Typography

Kończy się pierwsza dekada czerwca 1946 roku. Piąty szwadron 5 Brygady Wileńskiej, dowodzony przez podporucznika czasu wojny Zdzisława Badochę „Żelaznego”, ma prawo czuć się zmęczony, ale partyzantom humory dopisują. Bo i mają się czym szczycić. Błyskawiczny rajd, jaki przeprowadzili po terenie Prus Wschodnich przyniósł efekty, które przyprawiły o bezsilną wściekłość siły bezpieczeństwa. Dość wspomnieć, że jednego tylko dnia, 19 maja 1946 roku, przejeżdżają zdobycznym Studebakerem ponad 100 kilometrów, rozbijając po drodze posterunki milicji w Kaliskach, Osiecznej, Osieku, Skórczu, Lubichowie, Zblewie i w Starej Kiszewie. Rozbrajają milicjantów (wystawiając im pokwitowania za odebraną broń), niszczą połączenia telefoniczne i palą dokumentację. Zaskoczone załogi posterunków nie stawiają oporu, partyzanci zaś nie robią im krzywdy. Ujętych funkcjonariuszy milicji lub żołnierzy Ludowego Wojska Polskiego, o ile nie „wsławili” się zbrodniami przeciwko ludności polskiej albo nie atakowali oddziałów podziemia – zawsze puszczają wolno. Co innego z funkcjonariuszami UB. Tych żołnierze „Łupaszki” od zawsze uznają za członków organizacji zbrodniczej, podobnie jak wcześniej gestapo i NKWD. Dlatego w Starej Kiszewie rozstrzeliwują pięciu ubeków i jednego enkawudowca. C’est la guerre...

Jest 10 czerwca 1946 roku. Upalny, drugi dzień Zielonych Świątek. Szwadron szykuje się do powrotu na Pomorze. Na miejsce odpoczynku przed wymarszem dowódca oddziału wybiera zamieszkaną w większości przez polskich osadników wieś Tulice koło Sztumu. Zbliża się godzina 10. „Żelazny” obchodzi wieś, bada jej topografię. Stwierdza, że nie da się jej w pełni zabezpieczyć. Decyduje, że oddział nie będzie tutaj nocował, tylko o zmroku wyruszy w drogę. Wystawia posterunki, reszcie szwadronu daje czas na czyszczenie broni, pranie mundurów i odpoczynek przed wymarszem.

Godzina 16. „Żelazny” popełnia pierwszy tego dnia błąd. Jeszcze przed opuszczeniem Tulic zwalnia zatrzymanego wcześniej niejakiego Ruszkowskiego, milicjanta ze Starego Targu. Ten, wykazując się gorliwością wobec nowej władzy, około godziny 18 powiadamia Państwowy Urząd Bezpieczeństwa Publicznego w Sztumie o miejscu postoju „bandy Łupaszki”. Dowódcy trwających od kilku dni w pełnej gotowości bojowej pododdziałów Ludowego Wojska Polskiego, MO i UB ze Sztumu i Malborka pospiesznie opracowują plan ataku. Wkrótce w stronę Tulic wyruszają trzy ciężarówki. Jedna z 36 żołnierzami 55 pułku piechoty LWP, pod dowództwem porucznika Marka Jaworskiego i dwie z 27 funkcjonariuszami KP MO i PUBP, dowodzonymi przez lokalnych szefów resortu bezpieczeństwa. Plan zakłada oskrzydlenie „bandytów” od południa i północy, a następnie zamknięcie ich w pierścieniu okrążenia i zlikwidowanie. Rozkaz brzmi: jeńców brać tylko w ostateczności.

W miejscowości Stary Targ rozdzielają siły. Pododdział LWP skręca w stronę Nowego Targu i Krasnej Łąki, odcinając szwadronowi „Żelaznego” ewentualną drogę odwrotu w lasy nad Jeziorakiem. Milicjanci i ubecy jadą w kierunku Waplewa, stamtąd lokalną drogą wprost do Tulic. Wydaje się, że los nie spodziewających się ataku, odpoczywających partyzantów wileńskich, jest przesądzony. Na szczęście dla nich, misterny zdawałoby się plan, sypie się z powodu braku synchronizacji zaplanowanych działań. Dużą rolę odgrywa też wzajemna niechęć i rywalizacja pomiędzy żołnierzami frontowymi, a aroganckimi i pewnymi siebie powiatowymi szefami UBP. Ubecy chcą sami zlikwidować oddział znienawidzonego „Łupaszki”.

Zamykająca pierścień okrążenia od południa jednostka LWP, aby zająć wyznaczone pozycje, musi przejechać około 10 kilometrów, podczas gdy „bezpieka” ma do przebycia dystans o połowę krótszy. Dlatego dociera na miejsce dużo wcześniej, jeszcze przed zapadnięciem zmroku. Po drodze znowu rozdzielają siły. Samochód z szefami UBP skręca do majątku Waplewo i tam się zatrzymuje. Druga ciężarówka, bez jakiegokolwiek rozpoznania, na wyłączonym silniku siłą rozpędu wjeżdża do wsi.

Godzina 20.30. Podporucznik Zdzisława Badocha „Żelazny” popełnia drugi błąd w tym dniu, po raz pierwszy od początku działań dając się zaskoczyć przeciwnikowi. Przez niefrasobliwość. Zbiera oddział w murowanym budynku w centrum wsi, tuż przy głównej drodze. Wkrótce ma nastąpić wymarsz. Bogdan Obuchowski „Zbyszek” zmienia stojącego na warcie kilkadziesiąt metrów dalej,w kierunku Waplewa, Waldemara Zawadzkiego „Ponurego”. W tym czasie reszta oddziału relaksuje się, śpiewając wojskowe i patriotyczne pieśni. Akompaniuje im na pianinie Henryk Urbanowicz „Zabawa”. Nagle słyszą długą serię z automatu. To zaskoczony wartownik w ostatniej chwili alarmuje oddział.

Partyzanci wybiegają z budynku tylnym wejściem od strony podwórza. „Żelazny”, z kilkoma ludźmi biegnie w prawo, jego zastępca, sierżant Olgierd Christa „Leszek” z resztą oddziału biegnie w lewo. Na nic zdały się przewidywania pewnego siebie komendanta powiatowego Milicji Obywatelskiej ze Sztumu. Pododdział wileński nie tylko nie rzuca się do panicznej ucieczki, ale przystępuje do natychmiastowego ataku. Przygważdża milicjantów zmasowanym ogniem, nie pozwala im oddalić się od ciężarówki i rozwinąć linii obrony. Na miejscu ginie trzech milicjantów, inni trzej, w tym komendant powiatowy, zostają ranni. Ranny jest też jeden funkcjonariusz UB. „Żelazny”, zupełnie się nie kryjąc, stoi wyprostowany kilka metrów od budynku i ostrzeliwuje przeciwnika z MP. I to jest jego trzeci i ostatni błąd tego dnia. Zostaje postrzelony w okolice prawego obojczyka i pada zalany krwią. Na szczęście kula przechodzi na wylot, nie uszkadzając płuca. Natychmiast opatruje go sanitariuszka oddziału Danuta Siedzikówna „Inka".

W ciągu kilku minut podgrupa operacyjna zostaje otoczona. Część milicjantów krzyczy przerażona, żeby nie strzelać, inni bronią się jeszcze, by po chwili się poddać. Partyzanci rozbrajają milicjantów. Pospiesznie sprawdzają ich dokumenty. Wśród zatrzymanych ujawniają dwóch funkcjonariuszy UB ze Sztumu: Maksymiliana Kantorowskiego i Kazimierza Baczyńskiego, odmawiających ujawnienia swojej przynależności organizacyjnej. Półprzytomny „Żelazny” wydaje rozkaz ich likwidacji. Egzekutorami są „Leszek” i „Gryf”.

Dowództwo szwadronu przejmuje Olgierd Christa „Leszek”. Nakazuje wzmocnić ubezpieczenie z kierunku, skąd nadjechał przeciwnik, a Henrykowi Wojczyńskiemu „Mercedesowi” poleca sprawdzić, czy ostrzelany samochód nadaje się jeszcze do jazdy. Wszystko jest w porządku, nie wchodzi tylko drugi bieg. Po załadowaniu broni i umieszczeniu na pace rannego „Żelaznego”, 5 szwadron rozpoczyna odwrót. Powoli jadą w kierunku Krasnej Łąki, mimo uzyskanej od milicjantów informacji o czekającej tam na nich drugiej podgrupie operacyjnej. Natrafiają na nią, po przejechaniu zaledwie 4 kilometrów, w osiedlu Olszówka. Żołnierze LWP, nie mając pewności z kim mają do czynienia, wołają o podanie hasła. „Leszek” gra na zwłokę, w tym czasie szwadron opuszcza samochód, wynosząc rannego „Żelaznego”. „Leszek” bezczelnie żąda od żołnierzy, żeby ci pierwsi podali hasło. „Sztum” – ktoś odkrzykuje. Wtedy Christa rozkazuje Henrykowi Kazimierczakowi „Czajce” oddać kilka serii z karabinu maszynowego w bruk, tuż przed stanowiskami wojska. Ze strony przeciwnej nie pada ani jeden strzał.

Oddział porzuca samochód. Na prowizorycznych noszach, na przełaj po bezdrożach, przez podmokłe łąki, niosą rannego Zdzisława Badochę. Po całonocnym marszu zatrzymują się w opuszczonym gospodarstwie, 2 kilometry od szosy prowadzącej do Sztumu.

zgoda
Ta strona używa plików cookie w celu usprawnienia i ułatwienia dostępu do serwisu. Dalsze korzystanie z tej witryny oznacza akceptację tego stanu rzeczy.
Możesz samodzielnie decydować o tym czy, jakie i przez jakie witryny pliki cookie mogą być zamieszczana na Twoim urządzeniu. Przeczytaj: jak wyłączyć pliki cookie. Szczgółowe informacje na temat wykorzystania plików cookie znajdziesz w Polityce Cookie.