Wyklęci pod Ostródą: Pech wachmistrza "Lufy"

Opowieści
Typography

W Zielone Świątki roku 1946, które przypadały 9 czerwca, dowodzony przez wachmistrza Henryka Wieliczko „Lufę” 4 szwadron 5 Brygady Wileńskiej Armii Krajowej rozkłada się biwakiem w lesie nad Kanałem Oberlandzkim (obecnie Ostródzko-Elbląskim), pomiędzy wsiami Liksajny i Miłomłyn. To trzeci dzień pobytu oddziału na Mazurach. Po koncentracji Brygady w leśniczówce Witoszewo, szwadron wachmistrza „Lufy”, przy którym od tej pory miał przebywać sam major „Łupaszka”, otrzymał najbardziej odpowiedzialne zadanie ze wszystkich oddziałów – rozpoznać zachodnią część Mazur.

Dlatego dowódca partyzantki wileńskiej podjął decyzję o wzmocnieniu szwadronu o trzech ochotników: Honorata Wnukowskiego „Wronę”, Ryszarda Mazurkiewicza „Zrywa” (obaj zdezerterowali 20 lipca 1946 roku podczas noclegu na kolonii Polken (Pólko?), pomiędzy Prabutami a Suszem; co gorsza, pierwszy z nich zgłosił się dobrowolnie do UBP, udzielając resortowi wielu cennych informacji dotyczących składu i uzbrojenia oddziału, wspomagających go ludzi oraz planów najbliższych działań) i Bogdana Halińskiego „Śniadego” oraz „Forda”, przeniesionego z grupy wachmistrza Zdzisława Badochy „Żelaznego”.

Wachmistrzem „Lufą” targały sprzeczne uczucia. Z jednej strony dumny był z tego, że to właśnie z jego szwadronem postanowił przebywać major Szendzielarz, z drugiej zaś czuł się skrępowany niezwykle odpowiedzialnym zadaniem zapewnienia ochrony dowódcy brygad wileńskich. Ograniczało to jego ruchy, dlatego skrycie zazdrościł swojemu młodszemu o rok przyjacielowi „Żelaznemu” swobody działania.

Trzy dni wcześniej, wieczorem 6 czerwca, oddział „Lufy” jako ostatni opuścił miejsce zgrupowania i przemieścił się zaledwie o kilka kilometrów na wschód do kolonii Skitławki, gdzie zatrzymał się na nocleg. Cały następny dzień manewrował po bezleśnym terenie, odwiedzając kolejno kolonię Śliwa, miejscowość Wielowieś i majątek Jaśkowo. Późnym popołudniem, w ramach prowadzonego przez majora „Łupaszkę” szkolenia dywersyjnego, a także w celu uzupełnienia amunicji, szwadron rozbroił posterunek milicji w Miłomłynie. Zdobyli kolejny rkm. Stamtąd dotarli na śródleśną plażę nad Kanałem, gdzie zatrzymali się na nocleg.

Majora „Łupaszkę” przez całą noc boli ząb. Sanitariuszka i łączniczka oddziału, a zarazem partnerka życiowa Zygmunta Szendzielarza, księżna Lidia Lwow „Lala”, z braku innych środków przeciwbólowych (morfinę należało oszczędzać dla rannych), nasącza wacik terpentyną i poleca „Łupaszce” przycisnąć go do bolącego zęba. Pomaga, ale major cały ranek jest osowiały i nawet „Graf”, ulubiony owczarek niemiecki, nie jest w stanie go rozweselić. Dopiero około godziny 9 „Łupaszka” czuje się na tyle dobrze, że postanawia pójść powędkować. Plutonowy Piotr Giwer „Listek” rozpala w tym czasie niewielkie ognisko i pichci nad nim w kociołku potrawkę z cięlęciny (cielaka kupiono 7 czerwca w majątku Jaśkowo), z kurkami, których nazbierał w lesie starszy szeregowy „Mars”. Reszta szwadronu czyści broń, pierze onuce, czyści mundury lub po prostu się opala. Na godzinę 17 major zarządza szkolenie w urządzaniu zasadzek.

Zbliża się południe, kiedy ustawiony na czujce plutonowy „Sykstus” melduje, że od strony Miłomłyna płynie jakiś statek z czterema cywilami na pokładzie. Wachmistrz „Lufa” natychmiast ogłasza alarm. Żołnierze pospiesznie wdziewają mundury i kryją się pomiędzy drzewami. Na brzegu kanału pozostają jedynie sierżant Józef Bandzo „Jastrząb” (przydzielony w 4 szwadronie do osobistej ochrony majora Szendzielarza) i wachmistrz Mieczysław Abramowicz „Miecio”. – Jakie są rozkazy, panie majorze? – pyta wachmistrz Wieliczko. – Pan tutaj dowodzi, wachmistrzu. Niech pan sam decyduje – odpowiada „Łupaszka”. „Lufa” wydaje polecenie „Jastrzębiowi”. – Sierżancie, zatrzymajcie ten statek.

Mija kwadrans. Sierżant „Jastrząb” czeka przyczajony w szuwarach, a kiedy statek znajduje się w odległości kilku metrów od niego, podrywa się i puszcza w górę krótką serię z bergmanna. Ręką nakazuje kapitanowi dobić do brzegu. Ten wyłącza silnik i statek zatrzymuje się. Z lasu wybiegają żołnierze z bronią gotową do strzału. „Łupaszka”, „Lufa” i „Jastrząb” wchodzą na pokład.

Dowodzący statkiem kapitan Norbert Krall pogodnie wita niespodziewanych gości. – Co to za wojsko? – pyta. – Polscy partyzanci. Piąta Brygada Wileńska – mówi „Lufa”. – Skąd i dokąd płyniecie? – Z Ostródy do Elbląga, po prezydenta Bieruta – odpowiada kapitan. – Jutro mieliśmy z nim wracać, ale pewnie nic z tego nie będzie – szczerzy zęby w uśmiechu Krall.

Skonsternowany wachmistrz Wieliczko patrzy na majora „Łupaszkę”. Ten głośno klnie.

Nie wiadomo, jak potoczyłyby się dalsze dzieje PRL-u, gdyby 4 szwadron 5 Brygady Wileńskiej przybył nad kanał o jeden dzień później. Cóż, jak pech to pech.

Jeszcze cały następny dzień szwadron spędził na plaży nad kanałem, ale statek się nie pojawił. Wieczorem „Łupaszka”, „Szpagat” i „Ford” idą na spotkanie z Wandą Minkiewicz „Danką” nad jeziorem Szeląg. Szwadron nocuje w Liksajnach.

zgoda
Ta strona używa plików cookie w celu usprawnienia i ułatwienia dostępu do serwisu. Dalsze korzystanie z tej witryny oznacza akceptację tego stanu rzeczy.
Możesz samodzielnie decydować o tym czy, jakie i przez jakie witryny pliki cookie mogą być zamieszczana na Twoim urządzeniu. Przeczytaj: jak wyłączyć pliki cookie. Szczgółowe informacje na temat wykorzystania plików cookie znajdziesz w Polityce Cookie.