Stos dla pięknej pastorowej

Opowieści
Typography

Szczególnie w latach siedemdziesiątych XVII stulecia nasiliły się procesy o czary. W całej Europie zapłonęły stosy. Wzrosła wówczas wiara w to, że to właśnie czarownice są winne wszystkim nieszczęściom dnia powszedniego. Zdechł koń, krowa nagle przestała dawać mleko, ktoś zachorował, mimo że poprzedniego dnia nic mu nie było – wszystko to wina czarownic. Nieszczęśnicy, którym przed sądem „udowodniono” czary i konszachty z diabłem, zazwyczaj kończyli w męczarniach na stosie, w najlepszym razie wyganiano ich ze wsi i miast. Dawało to wielkie możliwości ludziom nikczemnym i podłym, żeby załatwić swoje porachunki w majestacie prawa.

Prolog
Morąg, Prusy Książęce – posiadłość starosty Caspara von Hohndorff, 12 lipca 1678 roku, późny wieczór

Od samego rana siąpił drobny, uciążliwy deszcz, przechodzący chwilami w gwałtowną ulewę. Gnane wiejącym od północy wiatrem czarne chmury nie zapowiadały przez najbliższe dni poprawy pogody. Pomimo trzaskających w kominku smolnych bierwion, w komnacie było wyjątkowo jak na tę porę roku zimno i ponuro. Na ścianach szkliły się krople wilgoci. Starosta Morąga i Miłakowa Caspar von Hohndorff, sięgnął po butelkę z laudanum i pociągnął z niej spory łyk. Który to już dzisiaj? Pod koniec dnia bóle gwałtownie się nasiliły. Podagra, z którą zmagał się od ponad roku, przy takiej pogodzie atakowała ze zdwojoną siłą. – Klaus! – zawołał, krzywiąc się z bólu. W drzwiach natychmiast pojawił się przygarbiony lokaj. – Są jakieś wieści od Mildego? – Nie, panie – cicho odpowiedział stary sługa, nie podnosząc wzroku. Starosta zmełł w ustach przekleństwo. Opierając się ciężko na lasce dokuśtykał do fotela i z westchnieniem ulgi zapadł się w miękkie poduszki. Obandażowaną stopę oparł na wyściełanym podnóżku. – Coś jeszcze, panie? – cicho spytał starzec. Von Hohndorff długo milczał, słysząc za sobą jego ciężki oddech, wreszcie odprawił go niecierpliwym machnięciem ręki. Otulony w jedwabny szlafrok spoglądał ponuro na zwisające smętnie za oknem, schlastane deszczem liście dzikiej winorośli. Ostatni z arystokratycznego rodu, Caspar von Hohndorff, pułkownik brandenburski, szef regimentu dragonów, starostą był już od 13 lat. Przybity niedawną śmiercią ukochanego syna, szukał teraz pocieszenia w jedzeniu i piciu. Nadużywał jednego i drugiego. Wprawdzie w wieku pięćdziesięciu pięciu lat ciągle wyglądał jeszcze krzepko, to jednak nadmiar trunków i potraw powoli rujnował mu zdrowie. W końcu przyplątała się podagra. Najbardziej jednak bolało wspomnienie upokorzenia, którego doznał od kobiety. Od pięknej kobiety, do której od lat pałał grzeszną żądzą, a której teraz poprzysiągł okrutną zemstę.

Jeszcze raz ciężko westchnął i przymknął oczy. Pod powiekami natychmiast ujrzał obraz tamtego zimowego wieczoru sprzed ponad dwóch lat. Rozświetlona setkami świec sala balowa w morąskim pałacu Dohnów. Pochylone w kornym pokłonie przed synem Wielkiego Elektora, Fryderyka Wilhelma Hohenzollerna, młodym księciem Fryderykiem III Brandenburskim (późniejszym królem pruskim Fryderykiem I) głowy pruskich arystokratów w upudrowanych perukach. Potem tańce i biesiada przy muzyce. I wino, bardzo dużo wina i miodu. I piękna twarz pastorowej Marii Schienemann, rozsyłającej wokół zalotne uśmiechy. A jeszcze potem jej niepohamowany, szyderczy śmiech, kiedy – podniecony nadmiarem wypitych trunków – w okiennej wnęce przycisnął ją do ściany i złożył wszeteczną propozycję. Ciągle słyszy jej pełne wzgardy, na wskroś raniące słowa, poddające w wątpliwość jego męskość. W migotliwym blasku świec, nawet burgrabia Achacy von Dohna, fundator pałacu, zdawał się patrzeć na niego z wielkiego portretu z zimną drwiną w oczach.

Słodki smak zemsty
Morąg, Prusy Książęce – zamek

W marcu 1678 roku oskarżono o czary i uwięziono w podziemiach morąskiego starostwa chromą i garbatą pastuszkę z Bogaczewa (Guldenboden), o nazwisku (imieniu?) Hapka. Poddana torturom, szybko przyznała się do konszachtów z diabłem i przed obliczem sądu miejskiego już podczas pierwszego „pociągnięcia” bez oporów wskazała inne, znane jej osoby, zajmujące się tym bezbożnym procederem: Schneiderową z Florczaków (Eckersdorf), starą, stojącą już nad grobem Girgalową i młodą Topferową z Łukty (Locken), Dominickową z Żabiego Rogu (Horn) oraz Wernerową, Ulrichową i Else – wszystkie z Morąga (Mohrungen). Każda z nich miała ponoć na usługach swojego osobistego diabła i współżyła z nim płciowo, w zamian za szkody wyrządzane innym ludziom. Starosta von Hohndorff osobiście pofatygował się do katowni, gdzie na „madejowym łożu” rozciągano Hapkę. Przez chwilę przyglądał się temu oszalałemu z bólu, nieszczęsnemu stworzeniu o skołtunionych blond włosach, leżącemu w malignie we własnych odchodach i wykrzykującemu po rosyjsku najstraszliwsze bluźnierstwa. Poczuł mdłości. Szybko podszedł do spisującego zeznania torturowanej, ławnika sądu miejskiego w Morągu, Daniela Milde. – Zrobiłeś, co ci kazałem? – spytał. – Tak, panie. Mam tutaj zapisane wszystko, co trzeba o „Frau Magisterschen zu Morungen” (tak nazywano pastorową Marię Schienemannową). Co do słowa! – Gut, przyjdź potem do mnie – powiedział starosta i omijając spojrzeniem miejsce kaźni, wyszedł z cuchnącego pomieszczenia. Ławnik Milde miał wobec starosty dług wdzięczności. Kiedy przyłapano jego syna Heiniego na sodmii, to właśnie von Hohndorff podjął się zatuszować całą sprawę. Świadkowi, koniuszemu z pałacu Dohnów, zamknięto usta brzęczącą monetą, a potem spowodowano, że zniknął nagle z Morąga i przepadł po nim wszelki ślad. Milde przyrzekł za to staroście dozgonną wdzięczność i słowa dotrzymywał. Udręczona Hapka zeznała to, co podpowiedział jej Milde. Powiedziałaby wszystko, byle tylko darowano jej dalszych cierpień.

Dnia 20 maja 1678 roku w budynku starostwa ponownie przesłuchano Hapkę, która podtrzymała wcześniejsze zeznania. Wynikało z nich między innymi, że niejaka Schusterowa otrzymała od pastorowej dwa diabły, które przynoszą jej zboże, pieniądze i wszystko, czego sobie tylko zażyczy. Jednego diabła Schienemannowa dała też zamieszkałej w Ostródzie swojej córce Heini, żonie bogatego holenderskiego szlachcica Wilhelma Sterlina młodszego.

Następnego dnia zorganizowano naprędce konfrontację obu kobiet. Zmaltretowana Hapka wodziła wokół nieprzytomnym wzrokiem, dlatego – za zgodą przewodniczącego sądu – odczytano zeznania złożone przez nią w śledztwie. Na zadawane po każdym zarzucie wobec pastorowej pytanie: „Zali prawdą to jest?”, Hapka tylko kiwała potakująco głową. A zarzuty były poważne. I tak około 10 lat wcześniej pastorowa miała jakoby otrzymać od spalonej w Miłakowie wiedźmy Dickenowej z Rusi (Reussen) dwa odziane w czerwone kabaty diabły, z którymi tańczyła przed dwoma laty na łące koło Żabiego Rogu. Na tańcach była też córka pastorowej ze swoim diabłem, który ubrany był dla odmiany w czarne szaty. Heini tańczyła w białej sukni, a piersi miała bezwstydnie odsłonięte.

Jeszcze tego samego dnia, 21 maja 1678 roku, Caspar von Hohndorff wysłał list do Wielkiego Elektora z informacją, że za opisane w nim czyny kazał pastorową uwięzić w budynku starostwa i pytał, czy może wobec niej zastosować tortury. Książę odmówił. Starosta zaczął zatem gromadzić inne dowody przeciwko Marii Schienemann.

W aktach sprawy znalazło się datowane na 7 czerwca tegoż roku zeznanie niejakiej Cristiny, wdowy po mieszczaninie i ławniku Christofie Amedenie, zresztą bliskiej krewnej pastorowej. Powiedziała ona, że jej zmarły mąż był pewnego dnia u oskarżonej, aby zaprosić ją na ślub swojej córki. Po wyjściu z domu otrzymał „postrzał” w nogi, które stały się ciężkie, jakby „wlano w nie ołów”. Przez cały rok cierpiał potem straszliwe męki.

Innym świadkiem był wierny staroście Daniel Milde, który zeznał do protokołu, że w trakcie choroby tegoż Amendena poszedł do niego do domu oddać mu pieniądze. Ów siedział na ławie „siódmymi poty oblany” w samej tylko koszuli, a na pytanie na jakie dolegliwości się uskarża, odparł: „Jakąż mogę ci ja mieć chorobę, moja choroba pochodzi nie od kogo innego, jak od „magistrowej”, nikogo innego nie mogę o nią obwiniać; gdybym nie poszedł do jej domu [...], to pewnie nie miałbym tej choroby”. Następnego dnia Amenden zmarł.

Trzecim świadkiem była Barbara, wdowa po zmarłym piekarzu i dzwonniku Krzysztofie Rogofskim. Zeznała ona, że jej mąż nieboszczyk na trzy tygodnie przed śmiercią był w domu u pastorowej. Wówczas to jej córka poczęstowała go kieliszkiem wódki. Poprosił o drugi. Po wypiciu go nagle stracił świadomość, tak że nawet nie pamięta, jak wyszedł z izby. Kiedy doszedł do progu swego domu, zerwał się straszliwy wiatr, który obalił go na ziemię. Padając, skaleczył się gwoździem w powiekę. Po trzech tygodniach w bólach zmarł. Przed śmiercią ciągle powtarzał, że „gdyby nie poszedł do pastorowej, to pewnie by teraz nie umierał, jako ten pies”.

Miejscowy diakon Johann Huetner opowiedział sądowi, że w 1666 roku w Morągu spalono za czary niejakiego Gronserta, któremu towarzyszył w drodze na stos. Wówczas to usłyszał od „biednego grzesznika” słowa, że pastorowa Maria jest czarownicą.

W jaki sposób starosta von Hohndorff zdołał odszukać świadków i skłonić ich do zeznawania przed sądem miejskim, pozostanie na wieki jego tajemnicą. Faktem jednak jest, że piękna Maria Schienemann nie stanęła przed obliczem trybunału. W dzień poprzedzający rozprawę w tajemniczy sposób udało jej się zbiec z więzienia w podziemiach starostwa. Razem z nią zniknął również pilnujący jej strażnik, dwóch pozostałych zaś znaleziono „leżących bez czucia i w kij powiązanych, jako te bydlęta”. Zginęła też większość dobytku będącego na wyposażeniu wartowni. Poza tym stwierdzono tam nieudaną próbę zaprószenia ognia.

Tropy za zbiegłą pastorową Marią Schienemann prowadziły do Ostródy.

Ostateczne rozwiązanie
Ostróda, Prusy Książęce – dom Wilhelma Sterlina starszego, sędziego sądu miejskiego, 12 lipca 1678, wczesne przedpołudnie

Sędzia Wilhelm Sterlin siedział za biurkiem, niespiesznie przeglądając dokumenty. Od czasu do czasu podnosił wzrok i spoglądał z półuśmiechem na morąskiego ławnika Daniela Mildego, który kręcił się przed nim na niewygodnym krześle, z trudem tłumiąc irytację. Wilhelm Sterlin starszy wierzył, że milczenie daje zawsze przewagę, szczególnie w kontaktach z ludźmi o ograniczonej inteligencji, takimi jak jego żona czy – o czym był święcie przekonany – ławnik z Morąga. Milczenie wywołuje u nich wrażenie, że wiesz o świecie o wiele więcej niż oni sami. Brak reakcji usuwa im grunt spod nóg skuteczniej, niż wszelkie słowa. Poza tym, w przeciwieństwie do słów, treści ciszy nie można przekręcić.

– Powiadasz waść zatem, że chcesz abym ci wydał Marię Schienemann, która rzekomo przebywa u swojego zięcia, a mojego syna... Taaak... A wiesz waszeć, co to jest mir domowy? Nie wydałbym waści nawet pohańca, który gościem byłby w domu moim – odezwał się w końcu, ledwie maskując lekceważenie dla pocącego się przed nim intruza. – Wasza ekscelencjo, mam wszelkie pełnomocnictwa od starosty morąskiego, imć pana Caspara von Hohndorff – wykrztusił Milde. Sterlin wybuchnął śmiechem. – A któż to jest von Hohndorff? – wykrzyknął. – W żadnym wypadku nie jest miłościwie nam panującym księciem elektorem i rozporządzać się może na własnym podwórku. Pastorowej zresztą tutaj nie ma – powiedział, poważniejąc nagle. – Szukaj jej waść cztery mile za miastem. Żegnam.

Daniel Milde siedział w milczeniu. Był blady. Nie pozostało mu nic innego, jak tylko przyjąć do wiadomości, że nie on jest tutaj panem sytuacji. Musiał ustąpić temu aroganckiemu staruchowi o wątpliwej moralności, a to całkiem zepsuło mu humor. W końcu wstał, ukłonił się w milczeniu i wyszedł na dziedziniec. Dosiadając konia, wiedział już co zrobi. Starosta morąski dał mu przecież wyraźne instrukcje.

Podsłuchana rozmowa
Ostróda, Prusy Książęce – karczma „Pod Śniętym Leszczem”, tuż za rogatkami miasta, 12 lipca 1678, wieczór

Kulawy szynkarz dyskretnie schował za pazuchę podaną mu ukradkiem sakiewkę i wskazał Mildemu zakapturzoną postać, siedzącą samotnie w kącie zadymionej sali nad kuflem piwa. Milde pewnym krokiem podszedł do nieznajomego i śmiało usiadł na chybotliwej na ławie. – Tyżeś jest Herman, zabójca. Czekałeś na mnie – powiedział cicho, kładąc na brudnym stole wypchany trzos. Zwalisty brodacz, nie podnosząc wzroku, zsunął mieszek na kolana i skinął głową. Herman Matterdeinst, dezerter z książęcej armii, dźwigając ciążące na nim cztery wyroki śmierci, nie zwracał zbytnio uwagi na konwenanse. Żył na kredyt i każdy darowany mu przez opatrzność dodatkowy dzień życia przyjmował z pokorą, jako niezasłużony uśmiech losu. Mruknął coś pod nosem, pochylił się w kierunku Mildego i po chwili zaczęli gorączkowo szeptać, od czasu do czasu gestykulując. Milde rozwinął przed nim plan jakiegoś domostwa. Pokazał palcem pokój na piętrze. Siedzący obok, dobrze zbudowany młody rajtar w zakurzonym mundurze, Pieet van Doerenhook, zesztywniał nagle na dźwięk słów, które przypadkowo podsłuchał. Szybko dopił swoje wino, rzucił na stół garść monet i wybiegł z karczmy. Wskoczył na konia i pogalopował w kierunku miasta.

Morderca wkracza do akcji
Ostróda, Prusy Książęce – dom Wilhelma Sterlina młodszego, 14 lipca 1678, północ

Bez trudu przeskoczył od strony ogrodu mur okalający dom. Na chwilę przykucnął bez ruchu i uważnie nasłuchiwał. Potem nabrał w dłoń garść błota i wysmarował nim sobie twarz. Spod kaptura błyszczały teraz jedynie stalowo błękitne, bezlitosne oczy. Ostrożnie, niemal pełznąc po murze, dotarł do wejścia i cicho wślizgnął się do domu. Schodami ruszył powoli na górę. Wokół panowała cisza, tylko zza grubych ścian dochodziło żałosne wycie wiatru.

Zabójca cicho uchylił drzwi alkowy na tyle, by wpuścić do niej smugę księżycowego światła, po czym sam bezszelestnie wsunął się do środka. Ruszył wolno w stronę łoża. Po drodze zawadził nogą o blaszany nocnik. Kiedy rozległ się metaliczny brzęk, intruz zamarł bez ruch i wstrzymał oddech. Przez kilka sekund nasłuchiwał, ale w pomieszczeniu panowała cisza.

Przyklęknął, odszukał ostrożnie naczynie i odsunął je delikatnie na bok. Wstał i zbliżył się do łoża. Dostrzegł nieruchomą postać przykrytą kołdrą. Przystanął, oburącz uniósł wysoko lśniący topór i błyskawicznie zadał morderczy cios tam, gdzie powinna znajdować się szyja śpiącej kobiety.

Ale coś było nie tak. Topór nie natrafił na opór przecinanej kości, nie trysnęła krew, nie rozległo się rzężenie konającej ofiary. Ostrze gładko przeszło przez posłanie i utknęło w drewnianej ramie.

Zaskoczony zabójca zdał sobie nagle sprawę, że to pułapka. Ale było już za późno. Jakaś ciemno ubrana, ogromna postać rzuciła się na niego z kąta pomieszczenia. Intruz spróbował się bronić. Wyrwał topór z posłania i uniósł go nad głową. Bardziej wyczuwał niż widział przeciwnika i zadał cios szerokim łukiem.
Lecz napastnik był szybszy. Ostrze jego rapiera trafiło zabójcę w rękę, gdy opuszczał broń. Rozległ się chrzęst miażdżonych kostek palców, potem mrożący krew w żyłach krzyk bólu.

Topór wypadł z dłoni zabójcy, który schował pod pachę ranną rękę i jęcząc zatoczył się w kierunku drzwi. Napastnik zadał mu następny cios, ale zbójca zdążył zrobić unik. Kiedy jednak odwrócił się w stronę wyjścia rapier trafił go w nogę tuż poniżej łydki.

Zabójca znowu zawył z bólu. Stracił równowagę i runął na podłogę. Wciąż ściskając ranną dłoń uderzył czołem w niewidoczny w ciemności ciężki, metalowy sagan stojący pod ścianą.

Rozległ się dźwięk podobny do trzasku pękającej włóczni, potem łomot padającego, martwego ciała.

Po chwili w drzwiach alkowy stanęła blada Maria Schienemann, podtrzymywana przez swoją córkę Heini. W drżącej dłoni ściskała lichtarz z płonącą świecą, drugą, zwiniętą w pięść, z przerażeniem wcisnęła w otwarte usta. Szeroko otwartymi oczami wpatrywała się w leżącego na boku, z nienaturalnie wygiętą szyją, martwego zabójcę. Za nią, obejmując ją ramieniem, stał Wilhelm Sterlin młodszy. Jego przyjaciel i ochroniarz, Pieet van Doerenhook, pochylił się nad nieruchomym ciałem, ściągnął mu z głowy kaptur i wytarł weń zakrwawioną klingę rapiera. – Już po wszystkim, panie – powiedział cicho. Sterlin w milczeniu skinął głową.

Epilog

Pastorowa Maria Schienemann nigdy nie stanęła przed obliczem sądu. Jej losy są nieznane. Starosta Caspar von Hohndorff pełnił swoją funkcję od roku 1665, aż do śmierci w roku 1682. Podobno do końca swoich dni nie zapomniał o pięknej Marii. W testamencie zapisał sporą sumę na rzecz jej córki Heini. Johann Schienemann, mąż Marii i ojciec Heini, był pastorem w Morągu w latach 1645-1680. Przed śmiercią wybaczył swojej żonie hańbę, jaką na niego sprowadziła. W ostródzkim kościele (obecnie p.w. św. Dominika Savio) znajdował się nagrobek rodziny Sterlinów, na którym m.in. można było przeczytać, że Wilhelm Sterlin starszy urodził się 20 stycznia 1611 roku, a zmarł 10 lutego 1679 roku i był sędzią i rajcą miejskim. Wilhelm Sterlin młodszy wyjechał z żoną do Holandii wkrótce po śmierci ojca.

zgoda
Ta strona używa plików cookie w celu usprawnienia i ułatwienia dostępu do serwisu. Dalsze korzystanie z tej witryny oznacza akceptację tego stanu rzeczy.
Możesz samodzielnie decydować o tym czy, jakie i przez jakie witryny pliki cookie mogą być zamieszczana na Twoim urządzeniu. Przeczytaj: jak wyłączyć pliki cookie. Szczgółowe informacje na temat wykorzystania plików cookie znajdziesz w Polityce Cookie.