Topielec

Opowieści
Typography

Ostróda, 9 lutego 1929 roku. Słupki rtęci od kilku dni pokazują nawet minus 35 stopni Celsjusza. Trwa zima stulecia. Z przerębla, wyciętego na skutym prawie metrowej grubości lodem Jeziorze Drwęckim, rybacy wyławiają zwłoki mężczyzny. Szybko okazuje się, że nieszczęśnik został zamordowany. Zagadkę jego śmierci stara się rozwiązać wachmistrz kryminalny Gustaw Wirth.

Ostróda, ul. Mickiewicza
Poniedziałek, 5 lutego 2018, g. 08:00

Brajan Kowalski był uczniem trzeciej klasy Szkoły Podstawowej nr 2 w Ostródzie. Zaledwie wczoraj skończyły się ferie i niewysoki dziewięciolatek znów szedł znaną sobie doskonale drogą do szkoły. Nie był z tego zadowolony. Ferie, jak zawsze, minęły szybko. Na dodatek chłopiec strasznie się wynudził. Choć zaczęło się optymistycznie i przed dwoma tygodniami spadło dużo śniegu, to skończyło się jak zawsze. Śnieg stopniał po zaledwie dwóch dniach. Jego rodzice pracowali, a on sam spędził ferie przed telewizorem i komputerem próbując przejść swoją ulubioną grę. Nie to co jego kolega Alan. Jego rodzice zadbali by miał wystrzałowe ferie. Całe dwa tygodnie jeździli na nartach w Zakopanem, byli na koncercie Sławomira i oglądali na żywo Puchar Świata w skokach narciarskich. Znów będzie przechwalał się przed całą klasą i pokazywał zdjęcia, oczywiście na swoim nowym iPhonie. Życie jest niesprawiedliwe – skonstatował w myślach chłopiec.

Właśnie przechodził ul. Mickiewicza, obok Urzędu Miasta. Zauważył, że nie ma już śladu po pięknych świątecznych ozdobach. Po kilkunastu krokach zza drzew wyłonił się masywny budynek dawnego sądu rejonowego. Ostatnio słyszał rozmowę swoich rodziców, którzy mówili o tym, że ponoć działa tam teraz jakaś parafia. Brajan był zafascynowany tym miejscem. Budziło w nim wiele ciekawości i powodowało dreszcze emocji. Wyobrażał sobie wielki opuszczony budynek i wszystkie przygody, które można w nim przeżyć. Gdy podszedł bliżej zauważył, że w jednym z okien pali się światło. Jak zawsze było to okno na parterze, na lewo od pięknych niebieskich drzwi. Kim był ten człowiek? – myślał chłopiec. – Ochroniarzem, gospodarzem, a może księdzem, skoro jest to teraz parafia?

Pochłonięty swoimi myślami Brajan szedł beztrosko przed siebie. Nie zauważył, że zbliżył się do przejścia dla pieszych, które musiał przekroczyć w drodze do szkoły. Skrzyżowanie ulic Mickiewicza i Olsztyńskiej jest bardzo ruchliwe i często dochodzi tu do wypadków. Wtem kątem oka dostrzegł zbliżający się z ogromną prędkością ciemny kształt. Jego prędkość była tak duża, że nie zdążył nawet zareagować. Upadł do tyłu na ziemię odrzucony pędem powietrza. W jego oczach pojawiły się łzy. Brajan jeszcze wtedy nie wiedział, że było to czarne auto marki BMW. Kierowca jeszcze kilkanaście metrów za przejściem nerwowo trąbił i wymachiwał ręką, wciąż dodając gazu. Chłopiec przetarł rękawem kurtki załzawione oczy i powoli zbierał się z ziemi. Dopiero docierało do niego jak blisko był śmierci. Nagle usłyszał ogromny huk i hałas dochodzący ze strony, z której odjechał samochód. Wydawało mu się nawet, że poczuł delikatne drżenie ziemi. Szybko zapomniał o swoim upadku i z zaciekawieniem pobiegł w stronę szkoły. Gdy się do niej zbliżył, zauważył, że mniej więcej na jej wysokości w jezdni jest wielka dziura. Zbierali się wokół niej przechodnie i ludzie czekający na pobliskim przystanku. Widać było, że są czymś przejęci. Ktoś coś krzyczał, inny machał rękoma, większość zaś chwytała za telefony. Jedni gdzieś dzwonili, inni robili zdjęcia. Gdy chłopiec znalazł się zaledwie kilka metrów od wyrwy ze zdziwieniem stwierdził, że wydobywa się z niej znany przebój Zenka Martyniuka. Kiedy stanął nad krawędzią i nieśmiało zajrzał do środka zobaczył na jej dnie znane już sobie BMW. Roztrzaskane w jakimś dziwnym podziemnym pomieszczeniu, wypełnionym potłuczonym zielonym szkłem i starymi beczkami. Z wraku próbował wydostać się łysy mężczyzna. Jego twarz wyrażała szok i niedowierzanie. Mężczyzna stracił całą pewność siebie. Bełkotał tylko pod nosem coś o swoim aucie. Brajan wiedział już, że nie tylko Alan będzie miał o czym opowiadać swoim kolegom w szkole.

***


II
Hotel Kuhla
Sobota, 9 lutego 1929, g. 18:34

Wachmistrz kryminalny Gustav Wirth z nieskrywaną ulgą i wręcz namaszczeniem objął zgrabiałymi dłońmi postawiony przed nim talerz kartoflanki po wschodnioprusku. Nie jadł, nie czuł już głodu. Za nim były gęsie, faszerowane szyje i jaja w solance, idealne pod piwo. Przed nim w niedalekiej perspektywie rysował się Lin duszony w piwie, którego zamówił na drugie danie. Mężczyzna wpatrywał się w naczynie, w którym powoli wirowały oka tłuszczu, kawałki kartofli, wędzonego boczku i wieprzowej łopatki. Z każdą chwilą jego zziębnięte palce odzyskiwały czucie, a przyjemne ciepło rozchodziło się wzdłuż dłoni do rąk. Para delikatnie unosząca się znad talerza ogrzewała jego twarz. W tej właśnie chwili wszystko było idealne.

Wirth cieszył się, że jednak wyszedł z domu. Przez chwilę, gdy termometr za jego kuchennym oknem pokazał -35 stopni Celsjusza, rozważał by iść spać głodnym. Oczywiście w domu nie było żadnego jedzenia, nawet kromki suchego chleba. Cena kawalerskiego życia – westchnął w myślach. Przekonywał się, że śmierć z głodu jest mniej prawdopodobna niż ta przez zamarznięcie w jakiejś przydrożnej zaspie. Jego łakomstwo wygrało jednak z lenistwem. I teraz, gdy brał do ust pierwszą łyżkę gęstej, gorącej substancji był sobie za tę decyzję wdzięczny. Restauracja w Hotelu Kuhla uchodziła za jedną z najlepszych w mieście, a może i całym regionie. To tu regularnie zatrzymywał się Prezydent Hindenburg, od czasów pamiętnej bitwy pod Tannenbergiem. A dziś to on miał ten zaszczyt delektować się świetną, lokalną kuchnią. Cóż może ta zima stulecia ma też dobre strony – pomyślał – w końcu miasto jest jak wymarłe. Nikomu w taką pogodę nie chce się kraść i mordować. Wszyscy pochowali się w swoich domach. On zaś może cieszyć się wolną sobotą. Uśmiechnął się na samą myśl o przyjemnym wieczorze i odwiedzinach u pewnej damy.

I gdy tak kolejnym łykiem, doniesionego w międzyczasie, grzanego z przyprawami korzennymi, piwa świętował udany wieczór poczuł na karku zimny powiew. Jego ciałem w jednej chwili szarpnęły dreszcze, a ręce pokryły się gęsią skórką. Ktoś właśnie wszedł do restauracji wpuszczając ze sobą nie tylko lodowate powietrze, ale i znak, że będzie musiał zmienić swoje plany. Gdy Wirth odwrócił wzrok w stronę drzwi zobaczył postać jakby z innego świata. Całą szczelnie owiniętą w płaszcze, szaliki i przepisową policyjną czapkę. Gdy nieproszony gość strzepnął z siebie śniegi i odsłonił twarz, wachmistrz wiedział już, że ten dzień nie może skończyć się dobrze.

- Herr Krimalwachmeister! – pozdrowił swojego przełożonego zdecydowanie zbyt głośno posterunkowy Kompa.

- A ciebie co tu sprowadza Kurt? Bo chyba nie zamierzasz patrzeć jak jem?

- Nie panie Wirth! Wszędzie pana szukamy. Wreszcie dozorca powiedział mi, że widział jak wychodzi pan z domu i udaje się w stronę hotelu – zameldował przepisowym tonem posterunkowy.

- Cóż stało się tak ważnego, że mam wyjść do tego mroźnego piekła? Znów nie możecie poradzić sobie sami?

Posterunkowy Kompa rozejrzał się czujnie po sali czy nikt nie słucha ich rozmowy. Zbliżył się do stolika policjanta i ściszonym głosem odpowiedział.

- Rybacy znaleźli trupa. Zamarzniętego. W Drwęckim.

- Najpewniej spił się i wpadł do wody, moczymorda. Ma na co zasłużył. Nie wiem do czego jestem wam tam potrzebny. Przewieźcie ciało do prosektorium– próbował bronić swojego wymarzonego wieczora w ciepłym kącie Wirth. Wiedział jednak, że jest na straconej pozycji. Dopił piwo. Urwał kawałek chleba, którym wytarł talerz po zupie i zjadł. W stronę smakowitego Lina w piwie wolał nie patrzeć. Wstał od stołu i złapał za płaszcz.

A więc jednak umrę przez zamarznięcie – pomyślał.

***


III
Jezioro Drwęckie
Sobota, 9 lutego 1929, g. 19:14

Jedno było pewne – stwierdził Wirth patrząc w otchłań głębokiego na blisko 70 cm przerębla – to nie był wypadek. Co za tym idzie, nie wróci prędko do domu.

- Panowie Reiner Schmitt i Horst Dziubka znaleźli ciało około godziny 17.00 – relacjonował, odczytując z notatek posterunkowy Kompa. – Korzystając ze sprzyjających warunków atmosferycznych postanowili łowić w przeręblu. Do jego wykonania przystąpili około godziny 16.30. Ich uwagę przykuła ciemna plama pod warstwą lodu. Gdy zdjęli pierwszą warstwę lodu rozpoznali kształt ludzkiej sylwetki.

Posterunkowy skończył czytać i spojrzał pytająco na wachmistrza.

- To wszystko Kompa? - zapytał energicznie pocierając o siebie dłonie, które znów straciły czucie. Stojąc na środku jeziora byli narażeni na mocne podmuchy wiatru. Wirth miał wrażenie, że jest co najmniej minus 50 stopni.

- Tak, resztę Pan już zna.

- No dobrze... - Wirth odpowiedział analizując fakty. – Jedno jest pewne. To nie był pijak i nie zmarł dziś. Może leżeć tu nawet i od listopada gdy pojawiły się pierwsze mrozy. Inaczej nie znalazłby się blisko metr pod lodem. Po drugie to nie był wypadek. Ofiara krwawiła. Cały lód otaczający zwłoki był czerwony od krwi.

- Jeszcze jedno panie Wachmistrzu – przypomniał sobie Kompa – rybacy mówili, że 3 tygodnie temu też w tym miejscu łowili i zrobili przerębel. Potem opuścili to miejsce gdy dziura zamarzła.

- No to wiemy już kiedy zginał. Ktoś wrzucił tu ciało a natura zrobiła swoje. Morderca miał dużo szczęścia. Przy tej temperaturze już po kilku godzinach ciało było ukryte pod grubym lodem. Gdyby miał go więcej może odnaleźli byśmy je dopiero na Wielkanoc, a może wcale gdyby poszło na dno i zjadły je ryby.

- Morderstwo prawie doskonałe – podsumował Kompa.

- Panie Wirth proszę tu spojrzeć – zawołał jeden z policjantów, którzy dotychczas się nie odzywali wykonując czynności operacyjne. Pracowali używając niewielkich młoteczków i dłut pożyczonych z zakładu stolarskiego. Delikatnie starali się wykuć ciało z objęć lodu, nie uszkadzając go i nie zacierając śladów.

Gdy Wirth skierował światło latarki w stronę zagłębienia w lodzie dojrzał na jej dnie znajomą twarz. Pomimo, że ciało leżało tu już tak długo, nie widać było żadnych oznak rozkładu. Zmarły jakby zastygł w jednej chwili. Zasnął i więcej się nie obudził. Tylko wielka rana z tyłu głowy i wykrzywiona grymasem bólu i zdziwienia twarz świadczyła o tym, że człowiek ten kiedyś żył. Wydawać się mogło, że lud utrwalił też ostatnie emocje zamordowanego. Policjant od razu wiedział kto to jest. Poznał twarz i uniform. Był to znany mu aptekarz prowadzący swój punkt przy starym mieście Theodor Muller.

- Wyciągnijcie ciało i zabierzcie do szpitala. Jutro zbada je patolog – wydał ostatnie dyspozycje Wirth mozolnie wygrzebując się z dziury. Nie zamierzał spędzić na tej lodowej pustyni ani sekundy dłużej. Wszystko co potrzebował już widział. Nic tu po nim.

Ostrożnie idąc po lodzie skierował się w stronę oddalonego o 20 metrów brzegu. Normalnie byłby pełen gapiów przyglądających się ich pracy. Dziś wieczór nie było nikogo. Dobrze – pomyślał – może zaskoczymy mordercę. Dziś jednak czekał go jeszcze jeden obowiązek. Musiał zawiadomić panią Muller.

***


IV
Szpital Miejski
Spangenbergstrasse
Niedziela, 10 lutego 1929, g.10.24

- Pan Wachmistrz nie na nabożeństwie? Pastor się pogniewa! – rzucił złośliwie, ale z uśmiechem, patolog do Wirtha, kiedy ten stanął w drzwiach pomieszczenia sekcyjnego.

Doktor Heinrich Schlamke, kończył właśnie sekcję aptekarza. Przybył na tę okoliczność specjalnie z Olsztyna.

- Powiedzmy, że bardziej niż pastora boję się prezydenta policji. Poza tym moją rolą jest stać na straży sprawiedliwości doczesnej, skoro Bóg odwleka swoje sądy do wieczności – odpowiedział, nie pozostając dłużny, Wachmistrz.

Obaj mężczyźni roześmiali się przyjaźnie. Znali się długo i wspólnie rozwiązali nie jedną sprawę. Wirth był pod wrażeniem wiedzy, talentu i spostrzegawczości lekarza. Nie raz tylko dzięki niemu udało mu się wpaść na trop podejrzanych. Był prawdziwym mistrzem w swym fachu.

- Co tam masz dla mnie Heini? Powiedz proszę, że stary się przewrócił po pijaku, walnął o lud i utopił. Zamkniemy sprawę, a ja oraz pewna jędrna blondynka z Rosgartenstrasse będziemy ci bardzo wdzięczni.

- Niestety muszę cię zmartwić Gustavie. Cokolwiek się stało nie była to śmierć naturalna – odrzekł lekarz, z którego twarzy zniknął uśmiech, a pojawiło się zawodowe i profesjonale skupienie i poważny ton. - Denat nie miał w płucach wody.

- Nie utopił się? – zdziwił się Wirth.

- Nie. Cokolwiek się stało, do wody trafił już martwy. Przyczyną śmierci było uderzenie tępym i ciężkim narzędziem w podstawę czaszki.

- Stąd ta rana głowy i tyle krwi – zauważył przytomnie policjant.

- Dokładnie – kontynuował Schlamke. – Uderzenie było na tyle silne, że najprawdopodobniej spowodowało śmierć na miejscu. Morderca, musiał potem przenieść ciało do jeziora i tam zamarzło.

- Podejrzewam, że nawet kilku. Nie sądzę, żeby jeden człowiek był wstanie niezauważenie przejść z ciałem środkiem miasta niezauważony. Chyba, że ofiara zginęła na jeziorze, bądź w jego okolicy.

- Nie sądzę. Zbadałem też ubrania denata. Były całe w zamarzniętym błocie. Znalazłem też kawałki słomy. Nawet gdyby bili się i tarzali na brzegu od ponad miesiąca mamy mróz. Nie ma błota. A nie podejrzewam szanowanego aptekarza o to by chodził brudnym uniformie.

- Masz racje Heini. To wszystko robi się coraz dziwniejsze – zamyślony Wirth opadł na jedyne krzesło pod ścianą. Wyciągnął papierosa i zaciągnął się głęboko dymem. Nienawidził smrodu prosektorium. Choć dziś zapach był wyjątkowo znośny. W takim mrozie może nawet smród zamarza – pomyślał.

- Jest jeszcze coś. I to już naprawdę dziwnego. W kilku miejscach, między innymi w nogawce lewego buta, a także w brustaszy znalazłem kilka ziaren.

To mówiąc lekarz podał metalową miseczkę, w której leżały cztery niewielkie, ciemne ziarna.

Gustaw ostrożnie wziął ją do ręki i przyjrzał się uważnie.

- To chyba jęczmień, ale jakiś dziwny -  myślał głośno policjant.

- Nie wiem bracie, ja zajmuje się truposzami. W sprawie ziarenek musisz odszukać jakiegoś przyrodnika – odpowiedział Schlamke, który skończył właśnie dezynfekować dłonie i z apetytem zabrał się za swoje drugie śniadanie.

- Podziwiam. Naprawdę – skomentował Wirth. Jego twarz jasno jednak wyrażała obrzydzenie.

- Ha ha! Wpadaj częściej! Przyzwyczaisz się! – Zawołał lekarz wznosząc toast kubkiem zimnej już kawy.

- Wielkie dzięki nie skorzystam. Dzięki za pomoc. Pozdrów Heidi i dzieciaki – pożegnał się wachmistrz znikając już w podziemnym korytarzu szpitala miejskiego. Nie zamierzał spędzać w tej trupiarni ani chwili dłużej. Jego myśli bowiem krążyły już zupełnie gdzie indziej. Dokładnie wokół czterech ziaren zawiniętych w lnianą chusteczkę na dnie kieszeni jego marynarki.

***


V
Hauptstrasse (ul. Wyspiańskiego)
Poniedziałek, 11 lutego 1929r., g. 8:04

Wszystko co mogło się nie udać, nie udało się – rozmyślał wpatrując się nieregularne bryły mijanego bruku. Zamiast grzać się przy piecu i popijać grzane piwo, Gustaw Wirth cały weekend zajęty był sprawą znalezionych zwłok. Do tego oględziny w przeręblu i spacery na mrozie sprawiły, że policjant czuł pierwsze oznaki przeziębienia. To nie mogło skończyć się dobrze. Na dodatek odwiedziny u wdowy. To jedna z tych rzeczy, której Wirth nienawidził w swojej pracy. Niestety bliscy ofiar nigdy nie przyjmują hiobowych wieści spokojnie. Tak też było z panią Muller. Gdy tylko usłyszała o śmierci męża wpadła w taką rozpacz i amok, że swoim lamentem obudziła wszystkich mieszkańców kamiennicy. Co niektórzy wybiegli na ratunek myśląc, że doszło do napaści. Dobrze, że miał przy sobie legitymację policyjną, bo mógłby się z tego nie wytłumaczyć. Na szczęście kobiecie podano leki uspokajające a jedna z sąsiadek została z nią na noc. W niedzielę ponoć odwiedził ją pastor i kobiety z parafialnego koła modlitewnego, które ugotowały również obiad dla dzieci i zostawiły zapasy żywności na kolejne dni. Niestety – jak sam stwierdził w myślach Wirth – on pozbawiony jest głębszych pokładów empatii. Zbyt wiele widział tragedii na froncie, by ruszała go kolejna śmierć.

Tak rozważając przebieg ostatnich, traumatycznych dni doszedł wreszcie do apteki, należącej jeszcze do niedawna do Pana Mullera. Wirth chciał przesłuchać pracowników sklepu, być może ci będą mogli wskazać na jakieś tropy, które pchnęły by śledztwo do przodu. Miał tylko nadzieję, że tym razem odbędzie się bez emocjonalnych wynaturzeń.

Jego nadzieje okazały się jednak płonne i zdał sobie z tego sprawę gdy tylko otworzył drzwi, a niewielki dzwoneczek umieszczony przy nadprożu oznajmił obsłudze jego przybycie. Już w pierwszej chwili dostrzegł szczupłą kobietę, która ledwo widoczna była zza kontuaru. Na niewielkim krześle obok dużego dębowego regału, na którym ułożone były buteleczki z łacińskimi nazwami i metalowe pudełeczka z kolorowymi etykietami, siedziała drobna kobieta. Na oko dwadzieścia kilka lat. Brunetka o pociągłej twarzy i zdecydowanie za małych, nieproporcjonalnych ustach. Uwagę policjanta zwróciły jednak podkrążone i napuchnięte od łez oczy. Wiedział już, że nie będzie łatwo.

Kobieta widząc w drzwiach klienta grzecznie wstała i podeszła do lady.

- W czym mogę szanownemu Panu służyć – wypowiedziała wyuczoną kwestię od niechcenia, pociągając jednocześnie nosem.

- Wirth, wachmistrz kryminalny. Przyszedłem porozmawiać o panu Mullerze. – odparł najspokojniejszym i najbardziej profesjonalnym tonem jakim tylko potrafił. Nie chciał prowokować kobiety.

Nic to jednak nie dało. Na sam dźwięk nazwiska swojego pryncypała kobieta znów zaczęła szlochać ukrywając twarz w dłoniach.

- Droga Pani – szukał ratunku z sytuacji – wiem, że jest to dla wszystkich trudny czas. Mi jednak zależy na złapaniu mordercy i doprowadzeniu go przed wymiar sprawiedliwości. Choć w ten sposób możemy uczcić pamięć pani przełożonego...

- Przepraszam. To wszystko jest takie smutne. I na dodatek nie wiem co dalej będzie z moją pracą. Tak trudno dziś o dobry etat, a ja mam trójkę dzieci na utrzymaniu. Bardzo się boję. A pan Muller.. to był złoty człowiek. Dobry, miły, pracowity. Szanował swoich pracowników. Pomagał gdy trzeba. Raz nawet zapłacił za leczenie mojej Anieli. Najstarszej córki. Bardzo go wszyscy szanowaliśmy.

- I nie miał żadnych wrogów? Może miał jakieś problemy finansowe? Nie słyszała Pani o niczym podejrzanym?

- Nie. To naprawdę był wspaniały człowiek. Udzielał się w kościele. Był członkiem Rady Parafialnej. Jego żona śpiewa w chórze. Był patronem akcji na rzecz abstynencji. Ostatnio nawet ufundował nowe witraże i założył parafialny fundusz na rzec sierot. Cieszył się bardzo na zbliżające się lato, planował wybudować letni dom w Alt Jablonkem. Wiem, bo często mówił, że wreszcie będzie mógł oddać się łowieniu ryb.

- Nie uważa Pani, że to dość dużo wydatków jak na jednego aptekarza? – zapytał zaciekawiony policjant.

- Nie wiem. Pan Muller sam prowadził swoje księgi finansowe. Zresztą co w tym dziwnego skoro interes idzie dobrze. To najstarsza apteka na starym mieście, mamy wielu stałych klientów. Kupują u nas najważniejsi mieszkańcy. Poza tym od jakiegoś czasu pośredniczyliśmy przy sprowadzaniu leków do naszego szpitala, co było dość dochodowym zajęciem, z tego co mi wiadomo.

- Może więc ktoś mu zazdrościł powodzenia i sukcesów? – próbował drążyć dalej temat.

- Nie, chyba nie.. chociaż...

- Tak? – odrzekł Wirth czując, że wreszcie dowie się czegoś ciekawego.

- To chyba nic.. ale... przed około miesiącem akurat jak przyszłam do pracy z apteki wychodził bardzo wzburzony pan Turnitz, właściciel młyna. Nie wiem o czym rozmawiali. Na mój widok przestali rozmawiać. Słyszałam tylko, że pan Turnitz miał pretensje do pana Theodora za sprzedany lek. Ponoć jego żona źle się po nim czuła. Najpierw wpadła w euforię, jakby dostała szału. Później zemdlała i młynarz myślał, że umarła. Na szczęście zabrano ją do szpitala i po kilku dniach odzyskała siły.  Pan Turnitz był bardzo zły i groził sądem. Nie wiem jednak jak skończyła się ta sprawa.

-O! Widzi Pani, to są cenne informacje – odparł policjant, usłyszawszy wreszcie coś co mogło mu się przydać. – Mam jeszcze jedną prośbę, czy mogę zobaczyć biuro pana Mullera?

- Nie wiem czy powinnam...
 
- Zaręczam pani, że tak. Mogę oczywiście wrócić z nakazem, ale chyba wszystkim nam zależy na szybkim rozwiązaniu sprawy i odnalezieniu sprawcy, nieprawdaż? – powiedział twardym, nieznoszącym sprzeciwu tonem. Po czym nie czekając na odpowiedź, od razu skierował się na zaplecze, zostawiając zdezorientowaną kobietę w tyle.

W biurze panował porządek. Regały z teczkami, które po pobieżnym przejrzeniu, okazały się być zestawieniem rachunków. Inne zwierały zamówienia i rozliczenia ze szpitalem. W odrębnym miejscu farmaceuta trzymał recepty i zamówione leki, które należało jeszcze przygotować dla oczekujących klientów.

Uwagę policjanta zwrócił jednie notatnik, który jak się okazało należał do Mullera. Po przekartkowaniu Wirth widział w nim zapisane daty i nazwiska osób, z którymi spotykał się denat. To może pomóc w odtworzeniu przebiegu ostatnich dni życia i osób, z którymi się spotkał. Ostatni wpis pochodził z 19 stycznia. 3 tygodnie – pomyślał Wirth. – Wiemy już kiedy zginał. Nie namyślając się byt długo schował notatnik do kieszeni płaszcza, upewniając się, że nie widzi tego ekspedientka, po czym ruszył do drzwi.

- Zastanawia mnie jeszcze jedno – zatrzymał się w progu, wpuszczając do sklepu nieprzyjemne zimno. – Dlaczego nikt nie zgłosił zaginięcia pana Mullera? Nie było go tu już 3 tygodnie.

- Jakiego zaginięcia? – odpowiedziała zdezorientowana kobieta. – Pan Muller miał wyjechać w delegacji na targi farmaceutyczne do Berlina.

- No to daleko nie ujechał... To on tak pani mówił? Kto zajmował się sklepem?

- Nie. Pan Theodor nie wspominał o wyjeździe. Powiedziała mi o tym pani Klara, żona. To ona prowadziła sklep pod jego nieobecność. Teraz rzeczywiście wydaje mi się dość dziwne, ale on często wyjeżdżał w interesach.

- Dziękuję, nie będę zabierał pani więcej czasu. Do widzenia – odparł Wirth widząc w drzwiach kobietę próbującą dostać się do środka.

***


VI
Komenda Miejska Policji
Schillerstrasse (ul. Sienkiewicza – budynek PKPS)
Poniedziałek, 11 lutego 1929r., g. 12:23

Spoglądając na młynarza siedzącego za drewnianym stole w pokoju przesłuchań Wirth czuł, że ten dzień może należeć do niego. Wystarczy, tylko, że uzyska przyznanie do winy, jak to w akcie zemsty za szkody wyrządzone swojej żonie, porywczy młynarz uderzył śmiertelnie aptekarza po czym pozbył się ciała w wodzie. Ile to bójek tak właśnie się kończyło. Ile niepozornych konfliktów prowadziło do tragedii i zabójstwa w afekcie. Tym bardziej, że Turnitz nie miałby problemu z zadaniem śmiertelnego ciosu. Mężczyzna sam przypominał młyn. Niski, ale niesamowicie krępy i silny. Każdy mięsień, był świadectwem wielu lat ciężkiej pracy i przerzuconych tom worków z mąką. Dłonie miał tak ogromne, jak gdyby sam kręcił wielkimi żarnami, zamiast wykorzystywać siłę napędową Drwęcy. O tym, że jest zdolny do takiego czyny świadczy również jego porywczość. Dwóch policjantów, którzy przyszli zaprosić młynarza na komendę trafiło do szpitala bez zębów. Zamiast dobrowolnego przesłuchania skończyło się na przymusowym aresztowaniu, dokonanym przez sześciu posterunkowych pod bronią. Nawet teraz gdy mężczyzna zakuty był w kajdanki ledwo mieszczące się na jego nadgarstkach, Wirth był absolutnie pewny, że byłby on w stanie, pod wpływem silnego wzburzenia, zerwać je z dziecinną łatwością. Postanowił więc dla pewności nie prowokować swojego rozmówcy. Wiedział, że po dobroci może osiągnąć więcej niż siłą.

- Panie Turnitz – zaczął ostrożnie. – To wszystko nie musiało się tak skończyć. Rozumie pan jednak, że nie mieliśmy wyboru, skoro nie chciał Pan porozmawiać z nami dobrowolnie...

Młynarz, który dotychczas wpatrywał się w podłogę podniósł wzrok na policjanta. Zimne i pełne gniewu spojrzenie sprawiło, że Gustaw miał wrażenie, że temperatura spadła jeszcze bardziej. Nic jednak nie odpowiedział.

- Panie Turnitz... musimy odbyć tę rozmowę, niezależnie od tego czy to się panu podoba czy nie – podjął kolejną próbę zagajenia.

- Mam was wszystkich w dupie. Sram na was – wycedził spokojnie przez zaciśnięte zęby. – Jakoś nie było was gdy ta menda chciała otruć moją żonę. Gdzie wtedy byliście? Jakoś wtedy nie było połowy policjantów z całych Prus Wschodnich, którzy chcieliby pomóc – mówił coraz bardziej wzburzony.

- Ten człowiek prawie zabił moją ukochaną Lotti. Czy ty wiesz człowieku co myśmy przeżyli? Ale nie! Odpowiadam już na kolejne pytanie. Nie jestem taki głupi nie zabiłem go. Nie jestem jakimś psychopatą.

- Widziano jednak jak wychodzi pan po kłótni z apteki – postanowił ciągnąć wątek Wirth

- No i co z tego. Zapewne też widziano, że gdy wychodziłem on jeszcze żył. Więcej się nie spotkaliśmy. Owszem byłem tam, bo chciałem by pokrył koszty leczenia i zapłacił zadośćuczynienie. Ten za to zbył mnie nawet nie przepraszając. Zagroziłem więc sądem i wyszedłem.

- I nie wiem pan nic co mogłoby nam pomóc? Czy było coś dziwnego w zachowaniu pana Mullera?

- Nic nie wiem. Był raczej szanowaną osobą. Ja też żyłem z nim w zgodzie do tego feralnego dnia. Chociaż ludzie mówili, że stał się coraz mniej sumienny i zawodny. Zapominał o terminach i zleceniach. Klientów mu chyba jednak nie brakowało, bo coraz częściej mówiło się o jego wystawnym życiu. Czy mogę już iść? Praca czeka!

- Tak, proszę mi tylko powiedzieć jak czuje się żona?

- Już dobrze. Wróciła do domu. Nabiera sił. Tego dnia po zażyciu kropli, które miały pomóc na nerwice żołądka, wpadła w szał. Jakby sam diabeł ją opętał. Biegała po młynie rozrzucała worki z mąką. Głośno się śmiała i płakała na przemian. Próbowałem ją uspokoić ale w ogóle nie reagowała. Dopiero po jakimś czasie straciła siłę, a wkrótce później przytomność. Dzięki Bogu szybko trafiła do szpitala. Rozumie więc pan chyba moją złość.

- Rozumiem, ale nie oznacza to, że można prowadzić własną vendettę, Turnitz. Jestem zmuszony pana zwolnić z aresztu. Nie oznacza to jednak, że się nie spotkamy. Proszę nie opuszczać miasta. Będzie pan musiał odpowiedzieć za pobicie funkcjonariuszy policji. Na przyszłość proszę kontrolować swoje zachowanie. Proszę pozdrowić żonę. Żegnam Pana.

- Kompa! Do mnie! Rozkuć i wypuścić pana Turnitza! – zawołał Wirth wychodząc bez zbędnego pożegnania z pokoju przesłuchań.

***


VII
Deutsches Haus
Alt Markt (Plac Tysiąclecia)
Poniedziałek, 11 lutego 1929r., g. 21:43

Absolutnie nic! – pomyślał - tyle właśnie udało mi się dziś dowiedzieć.

Gdy śledztwo stoi w miejscu trzeba zastosować metody niestandardowe. Dla wachmistrza oznaczało to spędzanie całych wieczorów w jego ulubionej restauracji Deutsches Haus nad kolejnymi kuflami złotego trunku. Dla postronnego obserwatora mogło to wyglądać jak zwykłe zalewanie się w trupa. W rzeczywistości była to skomplikowana procedura operacyjna, w ten sposób zbierał myśli i planowa kolejne posunięcia. Dziś jednak nic nie szło tak jak sobie zaplanował. Obserwował jak pęcherze gazu i piany układają się w przeróżne figury geometryczne na dnie jego kufla. Co chwila popijał kolejne łyki, za każdym razem cieplejszego i bardziej wygazowanego trunku. Co kilka z nich przegryzał dla smaku kawałki wędzonego węgorza podanego ze świeżym chlebem i masłem.

Podsumujmy – układał w myślach efekty swojego śledztwa. – Po pierwsze mamy młynarza. Silnego jak byk Turnitza. On jako jedyny ma jasny motyw, a jego zachowanie potwierdza, że byłby zdolny zabić wątłego aptekarza bez najmniejszego problemu. Ten był ostatnio rozkojarzony. Zajmował się wieloma dodatkowymi przedsięwzięciami. Wiemy, że klienci na niego narzekali. Bardzo prawdopodobnym, choć jeszcze niedowiedzionym, jest że porywczy młynarz po kłótni w aptece postanowił wrócić do rozmowy ale tym razem bez świadków. Rozmowa wyszła spod kontroli i padł cios. Tak silny człowiek, szczególnie gdy nad sobą nie panuje, może zabić. Przestraszony zamiast wezwać pomoc, postanowił upozorować utonięcie. Nie przewidział jednak, że na lodzie zostaną ślady krwi, a patolog bez trudu odkryje ślady uderzenia. Po wszystkim postanowił się przyczaić.  Nie przewidział tylko, że pracownica apteki skojarzy śmierć Mullera z ich kłótnią sprzed tygodni. Co więcej mamy też ziarno i resztki słomy. Jeśli tylko udowodnimy, że jest to ziarno, które pochodzi z jego młyna, będziemy mieli dowód obecności aptekarza u Turnitza i prawdopodobnie miejsce zbrodni. Trzeba będzie postarać się o nakaz rewizji i przesłuchać żonę młynarza, może niechcący zdradzi parę tajemnic męża. Mamy więc kandydata numer jeden.

Wirth dopił do końca kufel piwa w nagrodę za dobrą dedukcję. Jednocześnie wskazał kernerowi palcem, aby ten śpieszył już z następnym.

Po drugie – kontynuował rozważania. – Niejasny jest dla mnie udział w sprawie wdowy po aptekarzu. Niejaka Klara Muller, którą Wirth miał okazję poznać minionej niedzieli, wydawała się jedynie postronną ofiarą. Gdy przekazywał jej wiadomość o śmierci męża nic nie wzbudziło mojego podejrzenia. Wydawała się absolutnie przejęta i zrozpaczona. Z drugiej strony pewne wątpliwości budzi okres jaki upłynął od momentu gdy po raz ostatni widziano farmaceutę do czasu znalezienia zwłok. Zarówno pracownica apteki jak i młynarz zeznali, że ostatni raz widzieli denata w dzień ich kłótni w aptece, to jest 19 stycznia. Biorąc pod uwagę jak głęboko pod lodem znajdowało się ciało, wskazuje to, że tego dnia musiał zginąć, zanim jeszcze nastały siarczyste morzy i lód urósł miejscami do prawie metra grubości. Jak to się stało więc, że nikt przez trzy tygodnie nie zdziwił się jego nieobecnością? Ekspedientka twierdzi, że miał wyjechać na targi. To usprawiedliwiałoby jej brak reakcji. Dziwne jest jednak to, że ani razu nie wspomniał jej o swoim wyjeździe. Może chciał przeczekać skandal z młynarzem? Bał się jego gróźb? Jedyną osobą, która o tym miała wiedzieć to wdowa. Czy więc tak powiedział jej mąż, czy może sama celowo rozpuściła taką informację by nikt go nie szukał? Jaki jednak mogła mieć motyw? Pieniądze? Przecież z nim żyjącym, mogła liczyć na stały dochód. Kłótnia małżeńska? Kochanka? Ekspedientka nie była zbyt urodziwa, ale widać, że śmierć Mullera mocno na nią wpłynęła. Czy łączyło ich coś więcej niż tylko praca? Trzeba zacząć od przesłuchania żony, co chwilowo jest niemożliwe, ponieważ pozostaje w szpitalu pod wpływem silnych leków uspokajających. Zapewne potrwa to jeszcze kilka dni. Poza tym trzeba zadzwonić do berlińskiej policji i dowiedzieć się czy były tam ostatnio jakieś targi farmaceutyczne.

Wirth z radością rozpoczął opróżniać kolejny kufel ciemnego piwa z browaru Braci Stein. W tej samej chwili przypomniał sobie o notatniku, który zabrał z gabinetu aptekarza. Odstawił piwo i sięgnął po płaszcz. Wymacał w wewnętrznej kieszeni notes i wyciągnął go.

Przewracając kolejne strony widział jedynie nazwiska klientów i nazwy leków, które dla nich szykował. Przy każdej zapisany był termin odbioru. Wirth stwierdził, że Muller lubił oznaczać swoje notatki niewielkimi rysunkami, które były jak symbole segregujące zapisy. I tak transporty do szpitala oznaczone były szerokim krzyżem równoramiennym, na kształt symbolu Czerwonego Krzyża. Kolejne zamówienia klientów zdobiły zgrabnie narysowane probówki, a czasem strzykawki. Zapewne w zależności od rodzaju zamówionego leku. Spotkania w parafii smukłym, łacińskim krzyżem. Jego zdziwienie wzbudziły jednak rysunki butelek. Nie były to jednak butelki od lekarstw. Raczej wyglądały na butelki po piwie bądź winie. Co więcej to były jedyne symbole, które nie były w żaden sposób podpisane. Przeglądając jednak kilka stron zauważył, że występowały bardzo regularnie w co dwutygodniowych przerwach. Co one do licha mogą znaczyć? – myślał. Czy to dyskretne oznaczenia pijackich schadzek z kolegami? Karty i alkohol? Niby możliwie, ale przecież był zagorzałym abstynentem. Od jakiegoś czasu był jednym z liderów ruchu antyalkoholowego w mieście. Parafia prowadziła listę domów wolnych od alkoholu i innych używek. Mężczyźni musieli ją podpisywać zaświadczając, że ich rodzina wolna jest od zgubnych nałogów. Może więc prowadził podwójne życie? Ta kwestia musiała jednak póki co pozostać bez odpowiedzi.

Gdy kelner przyszedł poinformować, że restauracja zostanie niedługo zamknięta i poprosił o uregulowanie rachunku, Wirth przypomniał sobie o jeszcze jednym tropie. Sięgając po portfel wyciągnął z kieszeni, zawinięte w lnianą chusteczkę, ziarna znalezione przy denacie. To one mogą być koronnym dowodem łączącym ofiarę z mordercą. Musi tylko udowodnić, że pochodzą z młyna Turnitza. Przecież jednak ziarno to ziarno i wszędzie jest takie samo. Tylko, że to było właśnie inne. Ciemne, jakby wędzone, z widocznymi zasuszonymi pędami. Wydobywał się z nich specyficzny zapach. Wirth ku swojemu zdziwieniu stwierdził, że bardzo przyjemny i swojski. O tej jednak porze i po takiej ilości alkoholu jaką dziś przyjął jego zmysły były mocno przytępione. Bez wątpienia trzeba było się dowiedzieć, co to za ziarno i skąd mogło się wziąć w ubraniu denata. Ono stanowić mogło klucz do rozwiązania sprawy i powiązania wszystkich wątków tej sprawy.

Trzeba iść za radą doktora Schlamke – pomyślał zostawiając przy odręcznie wypisanym rachunku zapłatę z sowitym napiwkiem – muszę zasięgnąć opinii specjalisty.

Gustaw wziął głęboki oddech i wyszedł w mroźną noc mając nadzieję, że pomimo wypitego alkoholu znajdzie drogę do domu zanim jego trzewia zamienią się w mrożonkę.

***


VIII
Kaiser Wilhelm Gymnasium
Wtorek, 12 lutego 1929, g. 7:15

- A tu szanowny Panie Wachmistrzu znajduje się sekcja poświęcona epoce kamienia łupanego. Mamy tu narzędzia z krzemienia czy jelenich rogów. To najstarsze eksponaty w naszym wspaniałym muzeum wykopane w okolicach Ostródy – z wielką dumą rzekł Gustav Peter, jednooki woźny w cesarskim gimnazjum.

- To naprawdę niesamowite ile udało się wam tu zebrać w tym szkolnym muzeum – Odpowiedział szczerze zaciekawiony policjant. Dotychczas nie miał specjalnie czasu ani chęci by tu zajrzeć wcale jednak tego nie żałował. Szczególnie, że woźny Peter, choć był prostym człowiekiem z zaledwie kilku klasami, posiadał ogromną wiedze na temat ekspozycji.

- To prawda! – podjął temat gospodarz, gdy dostrzegł zaciekawienie u swego rozmówcy. – Wszystko to zasługa naszego wspaniałego profesora Emila Schnippla, który ofiarowując swoją kolekcję dał początek muzeum. W przyszłości planujemy utworzyć odrębne muzeum prezentujące nasze historyczne i etnograficzne zbiory dokumentujące dziedzictwo Oberlandu! Dziś pieczę nad muzeum ma profesor Baumhammer, który stale powiększa ekspozycję.

- To prawda, ale przecenia Pan moje dokonania! – rzekł mężczyzna, który niepostrzeżenie wyłonił się zza wielkiej gdańskiej szafy.

- Prof. Baumhammer – kontynuował wyciągając rękę w stronę Wirtha. – Miło mi poznać kwiat ostródzkiej policji! Jak mogę pomóc przy Pana śledztwie? Nie znam się za bardzo na utonięciach.

-  A skąd Pan wie, że przychodzę w sprawie śledztwa? – odrzekł policjant odwzajemniając uścisk dłoni. – I to tym bardziej dotyczącego topielca?

- No nie trzeba być śledczym by się domyślić. Nasze muzeum jest wspaniałe, a woźny Gustaw nieocenionym przewodnikiem – wskazał dłonią na mężczyznę, który w tym samym czasie uznał swoją obecność i za zbędą i grzecznie się kłaniając oddalił w stronę drzwi. – Nie mniej jednak nie sądzę, że przyszedłby Pan zwiedzać je w godzinach pracy. Poza tym Osteroder Zeitung pisało dziś, że wyłowiono z jeziora ciało naszego nieodżałowanego aptekarza. Któż więc może zajmować się tą sprawą jak nie pan, Wirth?

- Znalazłbym dla Pana pracę w pionie śledczym – odrzekł rozbawiony wachmistrz – ale do rzeczy. Potrzebuję opinii i ekspertyzy przyrodnika.

Przy zwłokach znaleziono takie nasiona – Gustaw wyciągnął z kieszeni niewielkie zawiniątko i delikatnie otworzył. – Proszę mi powiedzieć co to jest? Wygląda trochę jak jęczmień, ale ciężko mi je rozpoznać.

Profesor przejął ostrożnie pakunek. Umocował w prawym oczodole swój binokl i w milczeniu oglądał ziarno. Po, jak na Wirtha, zdecydowanie zbyt długiej chwili Baumhammer wziął ziarno do rąk, roztarł energicznie i powąchał. – To mój drogi Wachmistrzu powinien pan bez problemu rozpoznać, to bowiem nasz wielki skarb!

- Skarb? – zapytał nie rozumiejąc o co chodzi.

- Tak skarb! Po części miał pan rację. To jest jęczmień, ale nie zwyczajny. To ziarno zostało poddane obróbce. Mamy tu do czynienia ze słodem jęczmiennym, podstawowym składnikiem do wyrobu piwa. 

- To raczej dość pospolity towar. Ubranie Mullera mogło się zanieczyścić wszędzie, nawet na ulicy. Nie bardzo pcha to nasze śledztwo do przodu.

 - Nie do końca.. To nie wszystko panie Wirth. To jest słód monachijski.

- Co to zmienia?

- Widzi Pan. Słód choć wytwarza się go tak samo, przez namoczenie i wysuszenie ziarna, może mieć różne gatunki. Mamy na przykład słód pilzneński czy pszeniczny. To jest monachijski, a to znaczy, że służy do wyrobu piwa ciemnego. Ten zaś – i tu jestem absolutnie pewny – służy do wyrobu najlepszego piwa w mieście. Mojego ulubionego, ciemnego od Braci Stein! Rozpoznałbym ten aromat wszędzie – jeszcze raz powąchał ziarno po czym ostrożnie zawinął ziarno w chustkę i oddał policjantowi. – Wie Pan już chyba gdzie powinien skierować swoje kolejne kroki, Wirth? Ja już Panu nie pomogę gdyż zaraz rozpoczynam lekcje. Zapraszam kiedyś na szklaneczkę piwa!

- Dziękuję, nie omieszkam skorzystać. Póki co serdecznie dziękuję za pomoc!

Mężczyźni podali sobie dłonie i rozeszli do swoich obowiązków. Wirth wyszedł przed budynek gimnazjum podziwiając jego majestatyczną bryłę. Budynek wybudowany zaledwie przed dwudziestu laty wciąż robił wielkie wrażenie. I choć był zdecydowanie za duży jak na potrzeby szkoły wprowadzał do Ostródy element wielkomiejskości i nowoczesności. Policjant wiedział już, co musi zrobić dalej. Zagadkowa śmierć aptekarza może być powiązana z jednym z największych i najpopularniejszych browarów w mieście, należącego do braci Stein. W jaki jednak sposób tam się dostać i nie budząc podejrzeń zebrać konieczne dowody. Ziarno to wciąż zaledwie poszlaki. Nawet jeśli bracia są w jakikolwiek sposób związani z morderstwem, nie są też na tyle głupi by przyznać się bez dowodów. Tu trzeba było działać inaczej. Najpierw zebrać obciążające dowody, a potem dopiero przystąpić do szturmu. Zupełnie tak jak powtarzał dowódca jego oddziału z czasów Wielkiej Wojny: Dywersja, dywersja i jeszcze raz dywersja!

Wirth miał już plan co zrobić dalej.

***


IX
Browar Braci Stein
Ludendorffstrasse (ul. Olsztyńska – Restauracja „Pod ostródzkim smokiem”)
Środa, 13 lutego 1929, g.  9:13

- To skandal! Nie macie prawa! Złożę na was skargę! – wykrzykiwał oburzony Georg Stein, współwłaściciel browaru, jednocześnie próbując zasłonić ciałem wejście na halę produkcyjną.

- Panie Stein, apeluję o spokój! – spokojnym ale stanowczym tonem próbował przemówić mu do rozsądku Hans Lupke, powiatowy inspektor sanitarny. – Takie kontrole są standardową procedurą. Mamy prawo bez zapowiedzi kontrolować zakłady wytwarzające produkty spożywcze, tak by chronić mieszkańców Prus. By wszystko przebiegło zgodnie z procedurą i niemieckim prawem, jest tu z nami pan policjant Gustaw Wirth. – urzędnik wskazał palcem na policjanta, który dziś po raz pierwszy od niepamiętnych czasów, ubrany był w służbowy mundur.

- Pan chyba kpi – przerwał mu wąsaty i już całkiem czerwony na twarzy przedsiębiorca. – Niszczycie mi reputację! Co powiedzą ludzie, gdy dowiedzą się, że w moim zakładzie była policja. Po mieście rozejdą się plotki, spadnie sprzedaż. To jest absurd. Działacie na zlecenie mojej konkurencji!

- Panie Stein, naprawdę nie chcemy robić panu problemów. Mam propozycję. Pan bez zbędnych scen pokarze nam browar, sprawdzimy co trzeba i sobie pójdziemy. Bez hałasu i awantur. W zamian pan Wirth zostanie w biurze i poczeka na koniec kontroli. Nikt go nie zobaczy i nie będzie rozgłosu. Czy możemy się tak umówić? – spojrzał pytająco Lupke.

Stein zastanawiał się chwilę spoglądając groźnie na zmianę na policjanta i inspektora. Najwyraźniej zrozumiał, że nie uniknie kontroli i zdecydował się wybrać polubowne rozwiązanie. Zrobił pół kroku w bok odsłaniając przejście. Ręką zaś wykonał teatralny gest zapraszając inspektora dalej.

- A pan ma tu zostać! I proszę niczego nie ruszać, bo osobiście dopilnuję by do końca życia kontrolował pan ruch na ulicach – rzucił na odchodne Wirthowi.

Ten zbył milczeniem nic nieznaczące groźby, siedział jeszcze kilka chwil na wyznaczonym mu krześle. Słuchał jak głosy rozmawiających oddalały się coraz bardziej. Przedsiębiorca tłumaczył inspektorowi wszystkie procedury stosowane przy produkcji piwa i zapewniał, że wszystko odbywa się z poszanowaniem najwyższych standardów i przepisów prawnych.

Gustav wstał i rozejrzał się po biurze. Przejrzał papiery na biurku, zajrzał do szuflad. Nic podejrzanego, przynajmniej na pierwszy rzut oka. Nie zdąży wszystkiego przejrzeć. Zresztą nie sądził, żeby akurat w biurze były jakieś trefne materiały i dowody zbrodni.

Ostrożnie wyjrzał przez drzwi biura. Wychodziły one na metalowy podest, którym dochodziło się do dużej, przestronnej hali produkcyjnej, w której światło odbijało się o charakterystycznych złoto-brązowych miedzianych kadzi do warzenia piwa. Wirth rozejrzał się po hali. Nie widział Steina ani inspektora. Musieli już być w drugiej części browaru. A mówią, że granie w karty nie popłaca – pomyślał. A przecież to dzięki długowi wdzięczności jaki u niego zaciągnął inspektor sanitarny w trakcie mocno zakrapianej partii pokera udało mu się tu dziś znaleźć. Okazało się, że Lupke nie jest wytrawnym graczem, szczególnie po butelce wódki. Co więcej alkohol szybko wyłącza w nim wszelkie hamulce i instynkt samozachowawczy. I tak podczas brawurowej, aczkolwiek nieudanej szarży przegrał z Wirthem całe miesięczne uposażenie. Inspektor gdy tylko wytrzeźwiał przyszedł do Wirtha i błagał o rozłożenie spłaty na raty. Pieniądze te stanowiły bowiem jedyny dochód jego licznej rodziny, która w innym wypadku przez cały miesiąc nie miałaby co jeść. Policjant choć nigdy nie był zbyt empatyczny, a szczególnie nie lubił zrzędliwych i rozhisteryzowanych kobiet, lub mężczyzna zachowujących się podobnie, to nie był też zwyrodnialcem. Darował inspektorowi cały dług zastrzegając, że kiedyś odbierze go w przysłudze. Wiedział bowiem, że te mogą czasem dać więcej niż pieniądze. Tak się też stało dnia poprzedniego gdy wachmistrz zapukał wieczorową porą do drzwi Lemkego, wyłuszczając swój plan. Inspektor sanitarny miał bowiem prawo dokonywać niezapowiedzianych kontroli higienicznych w zakładach przetwórstwa spożywczego, a takim przecież był browar. W celu dopilnowania, że wszystkie procedury i kontrole przebiegną w sposób niezakłócony inspektor ma możliwość poprosić o asystę policjanta. Jedyne czego musiał dopilnować Wirth było odkurzenie swojego służbowego oficjalnego munduru, z którego odpiął niepotrzebny nadmiar dystynkcji. Steinowie szybko zorientowaliby się, że coś jest nie tak widząc wachmistrza policji kryminalnej asystującego przy inspekcji zamiast zwykłego posterunkowego.

I tak sprytny plan doprowadził Wirtha do biura browaru. Teraz jednak należało sprawdzić miejsca, które nie są tak oczywiste i do których wstępu nie miał. Wchodząc na piętro zorientował się, że schody prowadzą również w dół. Tam zapewne mieściły się piwnice i przechowywano słód. Jak pomyślał tak też zrobił. Zbiegł najciszej jak potrafił trzymając się blisko ściany. Na najniższym poziomie piwnicy zobaczył jak duże są to pomieszczenia. Kilka umieszczonych równolegle względem siebie, wysokich sal z półokrągłym sklepieniem. Wszystkie zastawione były towarem i surowcem. W jednej leżakowały beczki z piwem w innej trzymano metalowe skrzynki i puste butelki gotowe do napełnienia. W jeszcze kolejnej w ułożonych wysoko workach trzymano różne rodzaje słodu i chmiel.

Pomimo słabego oświetlenia i panującego półmroku dostrzegł, że w tym pomieszczeniu panował nieporządek. Najwyraźniej ktoś musiał uszkodzić jeden z worków ze słodem. Wirth przykucnął by przyjrzeć mu się lepiej. Tak, to był ten sam słód. Słód monachijski. Tylko ten jeden browar używał go do produkcji ukochanego ciemnego piwa prof. Baumhammera. Jak widać nie tylko karty ale i picie piwa przydaje się w śledztwie.

Wirth zwrócił uwagę, że to pomieszczenie różni się od innych. Na jego końcu znajdowały się niewielkie drewniane drzwi. Nie zwrócił na nie uwagi wcześniej ponieważ w większości zasłonięte były skrzyniami. Podszedł do nich i szarpnął za klamkę. Zamknięte. Zrobił pół kroku w tył. Zaparł się i z całej siły uderzył  w nie barkiem. Drzwi puściły. Niewielki zamek nie wytrzymał siły naporu.

Pomieszczenie było ciemne. Wirth spróbował wymacać na ścianie włącznik światła, ale nic nie znalazł. Wyciągnął z wewnętrznej kieszeni marynarki pudełko zapałek i ostrożnie zapalił jedną. Pomieszczenie rozbłysło delikatnym światłem, które natychmiast odbiło się w setkach zielonych butelek do których rozlewa się ostródzkie piwo. Policjant zapalił kolejną zapałkę, wpierw chowając tę poprzednią do pudełka, tak by nie doprowadzić do nieoczekiwanego pożaru. Ruszył z miejsca i rozglądał się po pomieszczeniu. Nic. Zupełnie nic. Same butelki. Najwyraźniej jakiś dodatkowy składzik na szkło. Zapasy na czarną godzinę. Okazuje się, że był to jednak ślepy trop, albo morderstwo było tak dobre, że sprawcy nie pozostawili po sobie żadnych śladów.

W tej samej chwili gdy przeszła go myśl, że stracił przysługę inspektora sanitarnego zahaczył nogą o pozostawioną na środku pomieszczenia skrzynkę. Wirth stracił równowagę i runął do przodu upadając na skrzynie ustawione pod ścianą. Uderzenie strąciło tę ustawioną na szczycie. Butelki spadły tuż koło głowy Wirtha tłukąc się na drobny mak. Karty, piwo i niezdarność – trzy filary nowoczesnego śledczego pomyślał Wirth gdy spoglądał na spowodowane przez siebie zniszczenia. Gdy tylko zapalił kolejną zapałkę nie miał już żadnych wątpliwości. Butelki nie były puste. Ciemne zielone szkło maskowało zawartość. W ich wnętrzach znajdowały się niewielkie bawełniane woreczki. Gdy je otworzył zobaczył, że wypełnione są białym proszkiem. Znał go zbyt dobrze. Kokaina. Armia niemiecka dawała swoim żołnierzom kokainę i heroinę jako środek na wzmocnienie i odwagę w czasie Wielkiej Wojny. Wstał otrzepał się z kurzu i schował kilka woreczków do kieszeni. Domyślał się już jaka może być rola aptekarza w całym procederze. By jednak zamknąć śledztwo musiał wrócić tu z obstawą, zabezpieczyć magazyny i aresztować przedsiębiorczych braci. Miał już wszystko czego potrzebował.

Wirth po cichu ruszył ku otwartym drzwiom. Dziwne – pomyślał. – Mam wrażenie, że przymknąłem je za sobą wchodząc do środka. W następnej chwili zobaczył już jednak tylko ciemny kształt zbliżający się w stronę jego głowy. Później była tylko ciemność, ból, i odgłos zamykanych drzwi. Po chwili została nicość i pustka.

***

X
Browar Braci Stein
Ludendorffstrasse (ul. Olsztyńska – Restauracja „Pod ostródzkim smokiem”)
Środa, 13 lutego 1929, g. 23.53

Wirthowi wydawało się, że tonie. Dusił się. Jego płuca rozrywał palący ból. Trzewiami targały spazmy. Całe ciało, przepocone i śmierdzące, drgało z wyziębienia. Najgorszy był jednak straszliwy ból głowy. Czuł, że całą twarz pokrywa zakrzepła krew, która utrudniała widzenie. Wszystko wirowało. Nie mógł zebrać myśli. Był całkowicie zdezorientowany, jak gdyby spoczywał już na dnie jeziora. Na dodatek nie mógł się ruszyć, czuł, że jego ręce i nogi są skrępowane.
 
Dopiero do długim czasie, jak długim nie wiedział, nie miał bowiem pojęcia ile był nieprzytomny, powoli zaczął odbierać pierwsze bodźce z otoczenia. Jak gdyby znów zbliżał się ku powierzchni wody.

Gdy wróciła mu świadomość po kolejnym omdleniu dotarło do niego, że wciąż znajduje się w tym samym pomieszczeniu. Leży za skrzynkami z piwem, które wcześniej oglądał i potłukł. W pomieszczeniu było ciemno. Skąpa smuga światło przenikała do wewnątrz zza lekko uchylonych drzwi. Powoli docierało do niego, że ktoś jednak zorientował się w jego planach i przyszedł tu za nim by zaczaić się i zaatakować. A teraz leży tu sam i nikt nie wie, że tu jest. Inspektor sanitarny myśli zapewne, że skończył swoje dochodzenie i wrócił do domu.

Po chwili zdał sobie sprawę, że w wąskim pasie światła przemykają cienie. Ktoś chodzi na zewnątrz. Wirth znów zastygł wsłuchując się w odgłosy i próbując dostrzec napastnika. W pewnym momencie usłyszał odgłos kolejnych kroków a później przesuwanie jakichś beczek czy skrzyń.

- Pośpiesz się! Musimy zdążyć przed wschodem słońca – usłyszał wyszeptane ponaglenie jednego z agresorów.

- Sam się pośpiesz – odpowiedział drugi. – Gdybyś wykonał swoje jak należy nie byłoby nas tutaj. Trzeba było pozbyć się tego ciała tak jak ci mówiłem, a nie wrzucać go do pierwszego lepszego przerębla kretynie! Ale co? Za ciężko było, co Hans?

- Oczywiście miałem leźć ze zwłokami przez pół jeziora żeby wszyscy z daleka mnie zobaczyli!

- Dość. Zostawmy to. Teraz mamy inny problem. Trzeba załatwić tego wścibskiego glinę i wywieźć za miasto. Wiedzą, że tu był, więc pewnie jutro zaczną go tu szukać. Lepiej pomóż mi przygotować skrzynię.

Wirth wiedział już kto to był. Georg i Hans Stein. Właściciele browaru. Wszystko układało się w logiczną całość. Cóż z tego skoro niedługo prawdę zabierze ze sobą do grobu. Wiedział, że musi działać, że ma zaledwie kilka chwil zanim bracia skończą przygotowania i przyjdą po niego. Związany nie miał żadnych szans. Jedyną nadzieją było dla niego wyswobodzenie się z więzów. Zaczął od najprostszego rozwiązania. Próbował się szarpać i wić po podłodze. Jednak parciany sznurek mocno trzymał. W pewnym momencie rzucając się po podłodze jego ręka natrafiła na coś ostrego. Poczuł, że z nadgarstka płynie mu krew. Zrozumiał, że to szkło z rozbitych przez siebie butelek. Gustav chwycił mocno jeden z odłamków i niezdarnie rozpoczął próby przecięcia więzów. Udało mu to się właściwie w ostatniej chwili, bowiem gdy przeciął sznur krępujący nogi otworzyły się drzwi. Do środka ostrożnie weszło dwóch mężczyzn. Wirth postanowił udawać nieprzytomnego i zaatakować w ostatniej chwili.

Gdy jeden z braci pochylił się nad nim by podnieść go za ramiona ten wbił mu szklane ostrze z całej siły w policzek. Mężczyzna zawył z bólu odskakując i upadając na ustawione za nim butelki. Drugi z braci, zdezorientowany i przestraszony znieruchomiał. To był ten ułamek sekundy, który trzeba było wykorzystać. Wirth ostatkiem sił rzucił się na niego przewracając na ziemię. Zaskoczenie jest dobre, ale ma to do siebie że mija, a przeciwnik znów staje się groźny. Szamotali się chwile, nawzajem przewracając i tarzając po potłuczonym szkle. W drugim końcu sali drugi z braci usunąwszy szkło z twarzy zbierał się na pomoc, sięgając po wielki młot, który wcześniej wypadł mu z ręki. Wirth był w coraz gorszej sytuacji. Za chwilę będzie miał dwóch przeciwników.

- Na ziemię! Policja! - Do piwnicy wbiegło nagle kilku policjantów z bronią w ręku rzucając na ziemię braci Stein, obezwładniając i zakuwając w kajdanki.

- Herr Kriminalwachtmeister! – zawołał posterunkowy Kompa widząc swojego szefa całego zalanego krwią. – Nic panu nie jest!? Zaraz wezwiemy lekarza! Wszystko będzie dobrze!

Wirth ledwo żywy siedział na ziemi próbując zebrać myśli.

- Ale jak..?

- Jak pana znaleźliśmy? – wtrącił Kompa. – Ma Pan duży dług wdzięczności u inspektora Lemke. Bracia Stein powiedzieli mu po inspekcji, że wrócił Pan do domu, ale on nie uwierzył. Przyszedł na posterunek i pytał o pana. Kiedy wieczorem okazało się, że nikt pana nie widział, wiedzieliśmy, że stało się coś złego. Postanowiliśmy wrócić tu i sprawdzić. Jak się okazało przyszliśmy w ostatniej chwili.

- No nie dramatyzuj tak Kompa. To nie powieść sensacyjna. Miałem sytuację pod kontrolą.

- Tak jest!  – Kompa zasalutował i skierował się w stronę drzwi. – Pójdę po medyka.

- Kompa! – zawołał za oddalającym się posterunkowym Wirth.

-Słucham Panie Wachmistrzu? – spojrzał pytająco.

- Dziękuję...

- Nie ma za co. Pan też by to dla mnie zrobił – odwrócił się i wyszedł.

Wirth czuł jednak pewność tylko w jednej kwestii. Po dzisiejszym wieczorze długo nie spojrzy na piwo.

Przerzucę się na wódkę – stwierdził z bólem próbując wstać.

***


XI
Restauracja „Pod ostródzkim smokiem”
Ostróda, ul. Olsztyńska
Poniedziałek, 5 lutego 2018, g. 8:45

Komisarz Adam Podgórski z ostródzkiej policji zszedł do piwnicy, w której mieści się restauracja. To co zobaczył z poziomu ulicy było niewiarygodnie, jednak widok z podziemia był jeszcze bardziej oszałamiający. Strażacy zrobili już wyłom w ścianie pomieszczenia, w którym na co dzień spożywa się posiłki. Przez dziurę widać było wrak starego BMW, pełno potłuczonego szkła i jakichś skrzyń. Okazało się, że nikt nie wiedział o pomieszczeniu mieszczącym się za ścianą. Obiekt był wielokrotnie remontowany, a ściana pokrywana kolejnym warstwami tynku i farby. Po dawnych drzwiach nie było śladu. Najwyraźniej sklepienie piwnicy nie wytrzymało próby czasu i wzmożonego ruchu na ulicy Olsztyńskiej. W ostatnich latach w związku z budową wiaduktu skierowano na nią wiele samochodów ciężarowych. Pech chciał, że trafiło na niejakiego Sebastiana S. z Brzydowa. Jego samochód zapadł się pod ziemię. Gdy usłyszał przez policyjne radio informację, że jakieś dziecko widziało jak samochód wpadł do dziury był przekonany, że to kolejny głupi żart. Tu jednak nikomu nie było do śmiechu.

Podgórski przyglądał się z boku. Akurat ratownicy wyprowadzali poszkodowanego z pomieszczenia. Jak się później okazało, Sebastian S. długo wolnością się nie nacieszył. Wprost ze szpitala trafił do policyjnego aresztu. Okazało się, że jest poszukiwany za handel narkotykami.

Gdy straż skończyła już swoją pracę i czekano na dźwig, który wyciągnie wrak auta, policjant wszedł do środka zaciekawiony przeznaczeniem pomieszczenia. To pewnie pozostałości po dawnym browarze – myślał. Wszędzie pełno było potłuczonego szkła, pogiętych metalowych skrzynek, spróchniałych beczek. Nagle jego uwagę zwrócił plik papierów zmiętych pomiędzy skrzynkami. Delikatnie wyciągnął i rozłożył. Była to przedwojenna gazeta. Jako, że znał niemiecki jeszcze ze szkoły przejrzał stronę tytułową „Osteroder Zeitung den 14 Februar 1929”. Jego uwagę zwrócił artykuł, który rozpoczynał się od dużego nagłówka: „BRAWUROWA AKCJA POLICJI. SZAJKA HANDLARZY NARKOTYKÓW UJĘTA. WACHMISTRZ GUSTAW WIRTH NAGRODZONY”.

Zaciekawiony Podgórski czytał dalej: „Wielkim sukcesem zakończyła się akcja naszych ostródzkich policjantów kierowana przez wachmistrza kryminalnego Gustava Wirtha. Zatrzymano braci Stein, właścicieli lokalnego browaru, którzy oskarżeni zostali o morderstwo aptekarza Theodora Mullera oraz handel substancjami narkotycznymi. Od kiedy Państwo Niemieckie zakazało sprzedaży Heroiny i Kokainy pojawiło się w Niemczech nielegalne podziemie czerpiące niemałe profity ze sprzedaży tych szkodliwych specyfików.

Jak wykazało śledztwo, przed kilkoma miesiącami Bracia Stein nawiązali kontakt z aptekarzem, który z racji wykonywanej profesji miał dostęp do leków. Ponieważ współpracował z ostródzkim szpitalem, mógł bez przeszkód zamawiać większe ilości, tłumacząc to zapotrzebowaniem placówki. Nie budziło to większego zdziwienia. W biurze apteki znaleziono sfałszowane zamówienia na duże ilości 20% roztworu chlorowodorku kokainy. Środek ten wykorzystywany jest przy znieczuleniach. Pan Muller korzystając ze swojego laboratorium i rozległem chemicznej wiedzy preparował narkotyk otrzymując 100% produkt końcowy. Ten trafiał do Braci Stein, którzy szmuglowali go w butelkach po swoim piwie.

Proceder ten trwałby pewnie jeszcze wiele lat, przynosząc nieopisane szkody mieszkańcom Prus Wschodnich. Na drodze ku temu stanął jak zawsze przypadek. Aptekarz zrobił się nieostrożny. Zaczął chwalić się swoim majątkiem Duży dochód sprawił, że zaniedbywał obowiązki. Zapominał o klientach i zamówionych lekach. Jak wykazały badania toksykologiczne pomylił nawet preparaty, wydając żonie młynarza Turnitza 100ml czystej kokainy zamiast lekarstwa na nerwicę żołądka. Kobieta po zażyciu specyfiku o mało co nie straciła życia.

Policja przesłuchała również żonę aptekarza, panią Klarę Muller, która jak się przyznała wiedziała o nowym zajęciu męża. Kobieta jednak zarzeka się, że po wypadku z młynarzową kazała mu przerwać ten proceder. Tak miało dojść do konfrontacji wspólników, którzy spotkali się w browarze 19 stycznia wieczorem.
Bracia Stein mając konkretne zobowiązania i zamówienia na kolejne dostawy ani myśleli wycofywać się z branży. Doszło do kłótni zakończonej szarpaniną. Jak przekazał nam wachmistrz Wirth, w czasie bójki doszło do uszkodzenia worków ze słodem, którego śladowe ilości znaleziono przy denacie. On to stał się koronnym dowodem łączącym ofiarę z mordercami. Aptekarz zginał od uderzenia młotem w głowę. Nie wiadomo, który z braci dokonał uderzenia, póki co nawzajem obarczają się winą.
Jedno jest pewne nie prędko dane będzie im wrócić do pracy, choć bez wątpienia tym razem wypiją całe nawarzone przez siebie piwo. W przyszłym tygodniu przed ostródzkim sądem rozpoczyna się ich proces.

Informacje pogodowe, w Ostródzie odnotowano kolejny rekord temperatury. Tym razem spadła ona do – 38 stopni...”

No nieźle – stwierdził z podziwem Podgórski. – Okazuje się, że niewiele zmieniło się w tej naszej Ostródzie. No może jedynie pogoda...

Koniec.

Posłowie

W opowiadaniu występują postacie historyczne: Bracia Stein, choć pod zmienionymi imionami, w rzeczywistości nie mieli oni również nic wspólnego z handlem narkotykami. Woźny Gustav Peter, jednooki weteran wojenny, rzeczywiście pracował w ostródzkim Gimnazjum. Przeżył wojnę i wyjechał do Niemiec. Prof. Baumhmmer był jednym z nauczycieli i opiekunów muzeum działającego przy szkole.

W 1929 roku w Prusach Wschodnich odnotowano zimę stulecia. Jeszcze w marcu tego roku stwierdzono temperatury poniżej 30 stopni. Lód na jeziorze Drwęckim miał miejscami ponad 70 cm grubości.

Z początkiem XX w. Heroinę i kokainę można było legalnie kupić w aptece. Uważano je za środki przeciwbólowe i znieczulające. Pewien przedsiębiorca, Angelo Mariani, rozpoczął nawet produkcję wina z kokainą, za co dostał złoty medal od papieża Leona XIII i uznany został przez głowę Kościoła za dobroczyńcę ludzkości. W Anglii zaś produkowano piwo opiumowe. Wynaleziony w 1886r. napój Coca-Cola, jako lekarstwo na nerwy, zawierał ok 60 mg kokainy. W 1899 r. niemiecka firma Bayer produkowała ok. 1 tony heroiny eksportowanej do 23 krajów. Procederu tego zaprzestano dopiero w 1913 r. Po pierwszej wojnie światowej w wielu krajach europejskich oraz USA zakazano sprzedaży tych narkotyków. Podawano ją jednak żołnierzom armii amerykańskiej, brytyjskiej i niemieckiej jako środek na wzmocnienie. Po odkryciu ich negatywnego wpływu na zdrowie i silnych właściwości uzależniających zdelegalizowano handel narkotykami, który zszedł do podziemia znanego nam z dzisiejszych czasów.

zgoda
Ta strona używa plików cookie w celu usprawnienia i ułatwienia dostępu do serwisu. Dalsze korzystanie z tej witryny oznacza akceptację tego stanu rzeczy.
Możesz samodzielnie decydować o tym czy, jakie i przez jakie witryny pliki cookie mogą być zamieszczana na Twoim urządzeniu. Przeczytaj: jak wyłączyć pliki cookie. Szczgółowe informacje na temat wykorzystania plików cookie znajdziesz w Polityce Cookie.