Top Stories

Wszystkie artykuły

W Zielone Świątki roku 1946, które przypadały 9 czerwca, dowodzony przez wachmistrza Henryka Wieliczko „Lufę” 4 szwadron 5 Brygady Wileńskiej Armii Krajowej rozkłada się biwakiem w lesie nad Kanałem Oberlandzkim (obecnie Ostródzko-Elbląskim), pomiędzy wsiami Liksajny i Miłomłyn. To trzeci dzień pobytu oddziału na Mazurach. Po koncentracji Brygady w leśniczówce Witoszewo, szwadron wachmistrza „Lufy”, przy którym od tej pory miał przebywać sam major „Łupaszka”, otrzymał najbardziej odpowiedzialne zadanie ze wszystkich oddziałów – rozpoznać zachodnią część Mazur.

Wtorek, 11 czerwca 1946, opuszczone zabudowania gospodarcze 2 km od szosy sztumskiej. Partyzanci 5 Szwadronu 5 Brygady Wileńskiej od kilku godzin ukrywają się w parterowym budynku, obserwując ze strychu wzmożony ruch ciężarówek z wojskiem i milicją. Półprzytomny podporucznik Zdzisław Badocha „Żelazny” majaczy w gorączce. Sanitariuszka Danuta Siedzikówna „Inka” aplikuje mu sulfonamidy i morfinę. Nic więcej nie może zrobić. Rana odniesiona w potyczce pod Tulicami ciągle krwawi i żołnierze bezsilnie patrzą na cierpienia swojego dowódcy.

Kończy się pierwsza dekada czerwca 1946 roku. Piąty szwadron 5 Brygady Wileńskiej, dowodzony przez podporucznika czasu wojny Zdzisława Badochę „Żelaznego”, ma prawo czuć się zmęczony, ale partyzantom humory dopisują. Bo i mają się czym szczycić. Błyskawiczny rajd, jaki przeprowadzili po terenie Prus Wschodnich przyniósł efekty, które przyprawiły o bezsilną wściekłość siły bezpieczeństwa. Dość wspomnieć, że jednego tylko dnia, 19 maja 1946 roku, przejeżdżają zdobycznym Studebakerem ponad 100 kilometrów, rozbijając po drodze posterunki milicji w Kaliskach, Osiecznej, Osieku, Skórczu, Lubichowie, Zblewie i w Starej Kiszewie. Rozbrajają milicjantów (wystawiając im pokwitowania za odebraną broń), niszczą połączenia telefoniczne i palą dokumentację. Zaskoczone załogi posterunków nie stawiają oporu, partyzanci zaś nie robią im krzywdy. Ujętych funkcjonariuszy milicji lub żołnierzy Ludowego Wojska Polskiego, o ile nie „wsławili” się zbrodniami przeciwko ludności polskiej albo nie atakowali oddziałów podziemia – zawsze puszczają wolno. Co innego z funkcjonariuszami UB. Tych żołnierze „Łupaszki” od zawsze uznają za członków organizacji zbrodniczej, podobnie jak wcześniej gestapo i NKWD. Dlatego w Starej Kiszewie rozstrzeliwują pięciu ubeków i jednego enkawudowca. C’est la guerre...

Samborowo, 11 czerwca 1946 roku. Zbliża się godzina siedemnasta, ale upał ani myśli ustąpić. Maciej Słomian, zawiadowca stacji kolejowej w Samborowie, zdejmuje zawieszone w oknie biura prześcieradło. Znowu jest zupełnie suche. Wychodzi na zewnątrz i moczy je pod strumieniem zimnej wody z pompy. Wtedy zauważa wyłaniające się z lasu sylwetki w mundurach. Szybko wraca, podchodzi do telefonu i kładzie dłoń na słuchawce. Nie podnosi jej jednak. Chwilę się zastanawia, potem zakłada na przepocony siatkowy podkoszulek kurtkę od munduru, na głowę służbową czapkę i z lizakiem w ręku, atrybutem kolejowej władzy, wychodzi na peron.

Adolf Wenzel wspomina, że tę legendę opowiedział mu nocny dozorca, który pilnował cegielni w Zatoce. Również starsi mieszkańcy Miłomłyna znali dobrze opowieść, bo matka Adolfa wielokroć mu o niej mówiła, gdy był jeszcze dzieckiem.

W małym lasku koło Pietrzwałdu znajduje się kamień, który w pradawnych czasach miał służyć Prusom do składania ofiar. Tutaj, w tym lasku, młodzież spotykała się w letnie wieczory, aby potańczyć. Tańczono aż do rana, ale tego było młodym za mało, wracali więc do wsi, gdzie w karczmie u Golombiewskiego zabawa trwała dalej, aż do południa. O kamieniu ofiarnym i lesie opowiadał legendę pewien stary Mazur.

Długie zatoki Jeziora Drwęckiego wrzynają się głęboko w gęste lasy, które swoimi ramionami ujmują Ostródę z trzech stron. Ten, kto przepłynie jezioro żaglówką lub zimą przemierzy je na łyżwach aż do leśniczówki za mostem, wnet może znaleźć się w pięknym wysokopiennym lesie urodziwych sosen, buków i jodeł. Jeśli nasz wędrowiec uda się na północny wschód, już po 20 minutach dotrze do małego, prawie okrągłego leśnego jeziorka, przebłyskującego spomiędzy potężnych pni sosen. Wszędzie tu rozciąga się dywan bujnie rozkrzewionych wrzosów. Lustro jeziora robi wielkie wrażenie, jest prawie czarne i lśni niczym wypolerowana stal. Gęsty las, wiotkie, delikatne trzciny, wysokie leszczynowe zarośla chronią jezioro przed podmuchami wiatru i wygląda to wszystko jak rzęsy czarnego oka, które spokojnie, z niewzruszonym smutkiem patrzy w niebo. Co ciekawe, brzegi jeziora nigdzie nie są zabagnione, wrzosy rozrosły się więc prawie aż do lustra wody. Cisza tego jeziora, przez które tylko czasem przepłynie samotna łyska lub para nurów, jest tak doskonała, wręcz niesamowita, że nawet najbardziej rozgadane grupy wędrowców, jeśli znajdą się tu przypadkiem, milkną zaskoczone widokiem Czarnego. Tak, Czarne Jezioro ma swoją tajemnicę.

W zakamarkach pamięci dawnych ostródzian zachowała się opowieść o pewnym wyrobniku imieniem Jost, który mieszkał niedaleko Ostródy, w dawnym krzyżackim majątku Symsy (dzisiejsze Marciniaki). Jego dom stał na północ od folwarku, w cieniu niewielkiego bukowego lasu. Historia działa się na początku XVII wieku, w czasach kiedy ostródzianom żyło się raz gorzej, raz lepiej. Ot, żyli z dnia na dzień, często o zmierzchu topiąc smutki w kuflu niezbyt wyszukanego ostródzkiego piwa zwanego Dünebacken, czyli cienkusz.

zgoda
Ta strona używa plików cookie w celu usprawnienia i ułatwienia dostępu do serwisu. Dalsze korzystanie z tej witryny oznacza akceptację tego stanu rzeczy.
Możesz samodzielnie decydować o tym czy, jakie i przez jakie witryny pliki cookie mogą być zamieszczana na Twoim urządzeniu. Przeczytaj: jak wyłączyć pliki cookie. Szczgółowe informacje na temat wykorzystania plików cookie znajdziesz w Polityce Cookie.