Top Stories

Wszystkie artykuły

Ostróda, 9 lutego 1929 roku. Słupki rtęci od kilku dni pokazują nawet minus 35 stopni Celsjusza. Trwa zima stulecia. Z przerębla, wyciętego na skutym prawie metrowej grubości lodem Jeziorze Drwęckim, rybacy wyławiają zwłoki mężczyzny. Szybko okazuje się, że nieszczęśnik został zamordowany. Zagadkę jego śmierci stara się rozwiązać wachmistrz kryminalny Gustaw Wirth.

Na zwłoki Kostasa R. natrafił o 4 rano przypadkowy wędkarz. Obnażone do połowy, leżały na wznak w płytkiej wodzie u ujścia Drwęcy do jeziora, tuż obok drewnianego budynku byłej tawerny i wypożyczalni kajaków. Wędkarz, zanim pobiegł z krzykiem wzywać milicję, najpierw zwymiotował. Pierwszy raz widział tak zmasakrowaną twarz.

Szczególnie w latach siedemdziesiątych XVII stulecia nasiliły się procesy o czary. W całej Europie zapłonęły stosy. Wzrosła wówczas wiara w to, że to właśnie czarownice są winne wszystkim nieszczęściom dnia powszedniego. Zdechł koń, krowa nagle przestała dawać mleko, ktoś zachorował, mimo że poprzedniego dnia nic mu nie było – wszystko to wina czarownic. Nieszczęśnicy, którym przed sądem „udowodniono” czary i konszachty z diabłem, zazwyczaj kończyli w męczarniach na stosie, w najlepszym razie wyganiano ich ze wsi i miast. Dawało to wielkie możliwości ludziom nikczemnym i podłym, żeby załatwić swoje porachunki w majestacie prawa.

Telegram z wiadomością, że młody Tobias Fischer poległ 8 sierpnia 1918 roku pod Amiens we Francji osobiście przyniósł jego ojcu, Antonowi, telegrafista Ahab Unger. Anton, który właśnie rąbał mięso w swojej rzeźni, najpierw umył starannie ręce, dokładnie wytarł je w fartuch, dopiero potem się rozpłakał. Nie wiedział, jak o śmierci jedynego syna powiedzieć żonie.

Długie zatoki Jeziora Drwęckiego wrzynają się głęboko w gęste lasy, które swoimi ramionami ujmują Ostródę z trzech stron. Ten, kto przepłynie jezioro żaglówką lub zimą przemierzy je na łyżwach aż do leśniczówki za mostem, wnet może znaleźć się w pięknym wysokopiennym lesie urodziwych sosen, buków i jodeł. Jeśli nasz wędrowiec uda się na północny wschód, już po 20 minutach dotrze do małego, prawie okrągłego leśnego jeziorka, przebłyskującego spomiędzy potężnych pni sosen. Wszędzie tu rozciąga się dywan bujnie rozkrzewionych wrzosów. Lustro jeziora robi wielkie wrażenie, jest prawie czarne i lśni niczym wypolerowana stal. Gęsty las, wiotkie, delikatne trzciny, wysokie leszczynowe zarośla chronią jezioro przed podmuchami wiatru i wygląda to wszystko jak rzęsy czarnego oka, które spokojnie, z niewzruszonym smutkiem patrzy w niebo. Co ciekawe, brzegi jeziora nigdzie nie są zabagnione, wrzosy rozrosły się więc prawie aż do lustra wody. Cisza tego jeziora, przez które tylko czasem przepłynie samotna łyska lub para nurów, jest tak doskonała, wręcz niesamowita, że nawet najbardziej rozgadane grupy wędrowców, jeśli znajdą się tu przypadkiem, milkną zaskoczone widokiem Czarnego. Tak, Czarne Jezioro ma swoją tajemnicę.

W owych czasach, gdy Krzyżacy przybyli na ziemie Prusów, aby je zdobyć, a tym samym pogańskie plemiona nawrócić do wiary chrześcijan, cała okolica dookoła Jeziora Drwęckiego była jedną wielką, straszliwą puszczą, pełną niedźwiedzi, turów i wilków. W tej właśnie puszczy, na wschodnim brzegu jeziora, krzyżaccy rycerze wybudowali w 1270 roku zamek warowny. Wkrótce potem przybyli z gór Harzu emigranci, którzy osiedlili się obok rycerskiej twierdzy nad jeziorem, zaczęli karczować puszczę i założyli miasto na wschodnim wykarczowanym brzegu. Nazwali to miasto Osterode, co łatwo wytłumaczyć, bowiem po niemiecku „Ost” znaczy wschód, a „roden” – karczować. Zresztą w ich ojczystej ziemi, w Harzu też znajdowało się miasto o takiej samej nazwie.

W zakamarkach pamięci dawnych ostródzian zachowała się opowieść o pewnym wyrobniku imieniem Jost, który mieszkał niedaleko Ostródy, w dawnym krzyżackim majątku Symsy (dzisiejsze Marciniaki). Jego dom stał na północ od folwarku, w cieniu niewielkiego bukowego lasu. Historia działa się na początku XVII wieku, w czasach kiedy ostródzianom żyło się raz gorzej, raz lepiej. Ot, żyli z dnia na dzień, często o zmierzchu topiąc smutki w kuflu niezbyt wyszukanego ostródzkiego piwa zwanego Dünebacken, czyli cienkusz.

W małym lasku koło Pietrzwałdu znajduje się kamień, który w pradawnych czasach miał służyć Prusom do składania ofiar. Tutaj, w tym lasku, młodzież spotykała się w letnie wieczory, aby potańczyć. Tańczono aż do rana, ale tego było młodym za mało, wracali więc do wsi, gdzie w karczmie u Golombiewskiego zabawa trwała dalej, aż do południa. O kamieniu ofiarnym i lesie opowiadał legendę pewien stary Mazur.

zgoda
Ta strona używa plików cookie w celu usprawnienia i ułatwienia dostępu do serwisu. Dalsze korzystanie z tej witryny oznacza akceptację tego stanu rzeczy.
Możesz samodzielnie decydować o tym czy, jakie i przez jakie witryny pliki cookie mogą być zamieszczana na Twoim urządzeniu. Przeczytaj: jak wyłączyć pliki cookie. Szczgółowe informacje na temat wykorzystania plików cookie znajdziesz w Polityce Cookie.