Ostródzkie kolorowe lata sześćdziesiąte

Historia
Typography

Jak Kopciuszek, zanim spotkał dobrą wróżkę, piękna, ale szarobura i uboga Ostróda lat 60. była pół-miastem, pół-wsią. Na głównych ulicach w dzień, zamiast warkotu samochodów, słyszało się cykające w krzakach świerszcze, gdaczące na podwórkach kury, kwiczące w chlewikach prosiaki i pasące się na trawnikach żywe kosiarki: porykujące tęsknie krowy i beczące owce. Wieczorem rechotały żaby. To w Ostródzie, na środku ulicy Mickiewicza, tuż przy Komitecie Powiatowym PZPR, po raz pierwszy w życiu wdepnąłem w krowi placek. Niezapomniane przeżycie. Tam, gdzie dzisiaj stoją betonowe blokowiska, ciągnęły się hektary ogródków działkowych, pełne krzewów bzu, czeremchy i jaśminu, kwiatów i uginających się pod ciężarem owoców drzew. Pamiętam nasze nocne chłopaków eskapady po jabłka. Ryzykując pobicie przez ponurego i „niemazmiłujsię” stróża (do dzisiaj pamiętam jego wredną gębę), przeczołgiwaliśmy się pod siatką ogrodzenia i rwaliśmy ile zdołaliśmy unieść, a potem w nogi. Traktowaliśmy to jak sport ekstremalny, w którym bez ryzyka nie ma przyjemności. Najbardziej smakowały nam te pierwsze, zielone jeszcze, niedojrzałe i kwaśne, jak ocet siedmiu złodziei. Myślę, że takim właśnie jabłkiem, o ile znał się na rzeczy, wąż skusił w raju Ewę.

No i były konie. Z terkoczących stalowymi obręczami po bruku ulic (kto wtedy widział w Ostródzie asfalt?) furmanek kupowało się na targowisku mięso, warzywa i świeże ryby, furmankami wywożono na wysypisko butwiejąca zawartość śmietników, furmanką przywoził na nasze podwórko swój warsztat jednoręki i jednooki ostrzyciel noży, a umazaną w sadzy bryczką zajeżdżał kominiarz. Zaprzężonymi w parę koni budami wojsko odbierało chleb z piekarni przy ulicy Kościuszki. Rany, jak te budy pięknie pachniały!

Zanim towarzysz „Wiesław” nakazał przymusowe osiedlanie się Cyganów, przez Ostródę dwa razy do roku przejeżdżały arcydzieła sztuki snycerskiej na kółkach: zdobne w rozdziawione paszcze lwów lub sylwetki koników morskich kolorowe tabory cygańskich wozów mieszkalnych, zaprzężonych w półdzikie, gryzące i kopiące obcych konie (…) Koński nawóz sprzątano z ulic rzadko i byle jak, albo wcale. Bo i po co, skoro zaraz znowu będzie go pełno. Miejscy ciecie miotłami odgarniali go na boki i czekali na deszcz, który spłucze cały ten szajs do rynsztoka.

W oknie wystawowym sklepu przedsiębiorstwa ZURiT (Zakład Usług Radiowych i Telewizyjnych) na rogu ulic Grunwaldzkiej i Kopernika, w godzinach jego pracy wystawiano włączony telewizor, przed którym zawsze zbierał się tłumek wracających z pracy ostródzian. Oglądali siedzącego na tle wyciętych z brystolu cyfr aktualnej daty i czytającego wiadomości prezentera. Oglądali, bo spektakl był niemy, gdyż załoga sklepu nie umiała lub nie chciała wyprowadzić na zewnątrz jakiegoś głośnika. Pamiętam komentarze ulicznych telewidzów: – „Panie, to radio czy telewizja? Co on tak czyta i czyta?” – „Spokojnie, zostało mu jeszcze z pięć kartek. Poczekajmy, może puszczą potem jakiś film? Najlepiej o zwierzętach albo o kowbojach”. – „Eeee, ma cienkie te kartki, będzie ich jeszcze z piętnaście...”. – „Co pani mówisz? Stoję tu już z dziesięć minut, zaraz skończy”. Tak zaraz nie kończył, a kiedy już kartek mu zabrakło, znikał z wizji ustępując miejsca planszy z pomnikiem warszawskiej syrenki i napisem „Telewizja Warszawa”. Po kilku długich minutach na ekranie pojawiła się kolejna uśmiechniętą, niemo poruszającą ustami twarz. Co za rozczarowanie! A potem pan sprzedawca wyłączał telewizor, bo czas było zamykać sklep. Zawiedzeni widzowie rozchodzili się do domów na spóźniony obiad. Jutro znowu tu wrócą.


W zgrzebnych czasach gomułkowskiej „małej stabilizacji” uzbieranie pieniędzy na zakup własnego telewizora było dla ostródzian nie lada wyzwaniem. Ale z biegiem czasu coraz częściej na dachach domów pojawiały się anteny. Jedna, czasem dwie na cały blok. Rodzina posiadająca telewizor z dnia na dzień zyskiwała status najważniejszej w całej klatce schodowej, a ich przebrzydły syn, pogardzany przez nas, morowych chłopaków, laluś, maminsynek i skarżypyta, stawał się nagle pierwszym kogutem na podwórku, którego nikt nie śmiał tknąć, bo rodzice zabraniali. Na szczęście do czasu, bo kiedy anten na dachach było już mrowie i prawie każdy z nas miał w swoim domu telewizor, podwórkowy oferma musiał za to w dwójnasób odcierpieć. Karol Marks nazwałby to sprawiedliwością dziejową. Póki co do M-3 jego starych ściągali wieczorami sąsiedzi z własnymi taboretami, żeby obejrzeć teatr telewizji, jakiś radziecki film wojenny lub – od wielkiego dzwonu – amerykański western. – „Przyjdźcie, państwo, wieczorem na telewizor. W gazecie napisali, że będzie kowbojski western, na tle osnuty” – zapraszał posiadacz Neptuna czy Szmaragda 902. Jeden sąsiad przyniósł pół litra i ogórki, drugi, dla odmiany, ogórki i pół litra, pani domu zrobiła kanapki z margaryną i serem i tak zacieśniały się międzysąsiedzkie więzi. Pamiętam, że w czwartkowe wieczory, kiedy telewizja emitowała Teatr Sensacji „Kobra”, śmiało można było iść na jabłka albo słoneczniki do któregoś z ogródków. Na ulicach nie uświadczyłeś żywego ducha, nikt nawet nie wyjrzał przez okno. (…)

W połowie lat 60. namiastką telewizji kolorowej, z którą było tak jak z demokracją socjalistyczną – wszyscy o niej słyszeli, ale nikt jej nie widział – była dostępna w sklepach ZURiT-u kolorowa szybka nakładana na czarno-biały ekran. U góry była niebieska, potem stopniowo, poprzez kolory tęczy, przechodziła u dołu w jaskrawą czerwień. Małym kosztem dawała niezapomniane wrażenia estetyczne. Zielona, jak u ufoludka twarz popularnej spikerki, pokazującej w uśmiechu brązowe zęby, czy mecz piłki nożnej rozgrywany na purpurowej murawie – bezcenne. W sklepach można też było nabyć nakładkę-lupę na kineskop, która optycznie dodawała ekranowi jakieś siedem cali wielkości. Taki telebim dla ubogich.

Stopniowo zmieniało się otoczenie wokół telewizora. Co majętniejsi ostródzianie, chcąc godnie i nowocześnie mieszkać, odprzedawali za bezcen biedniejszym znajomym lub zwyczajnie wyrzucali na śmietnik odziedziczone po rodzicach stare, solidne, dębowe meble, zastępując je produkowanymi seryjnie modnymi konstrukcjami z plastiku, sklejki i metalu. Absolutnym hitem były meblościanki, w których pomiędzy półkami, na których stały (bo stać musiały) kryształowe cukiernice i wazony, mieścił się twardy jak madejowe łoże opuszczany tapczanik i blat-biurko. Obowiązkowe były też lampy podłogowe ze stolikiem i umieszczonym pod nim gazetownikiem. Fotele i kanapy były tak niskie, że siedząc na nich miało się kolana pod brodą. Coś za coś. Albo wygoda, albo nowoczesność..

Prawie w każdym domu były praktyczne słomianki, czyli maty z równo ułożonych obok siebie, połączonych nićmi źdźbeł słomy, wieszane nad tapczanem lub wersalką. Chronić miały ścianę przed zabrudzeniem, a i w głowę było cieplej. Przyszpilaliśmy do nich wycięte z gazet zdjęcia naszych muzycznych idoli; dziewczyny wolały fotki aktorek z okładek tygodnika Ekran (…)


Modna Ostróda lat 60. szeleściła ortalionem. Szczytem elegancji i symbolem statusu społecznego był nieprzemakalny i nieprzewiewny ortalionowy płaszcz, nazywany złośliwie przez tych, którzy go nie posiadali, prezerwatywą. Nosili go – w słońce czy deszcz – wszyscy, którzy chcieli uchodzić za ważnych w mieście. Od sekretarza partii po przedstawicieli tak zwanej prywatnej inicjatywy. Kto takiego płaszcza nie miał, nie liczył się w towarzystwie. Ciemny ortalion, beret z antenką i skórzana, koniecznie brązowa teczka, stanowiły uniform ostródzkiego urzędnika. Uzupełnione o naramienniki z dystynkcjami płaszcze z ortalionu nosiła kadra Ludowego Wojska Polskiego (zielone) i milicjanci (granatowe).

W zgniłozielonym ortalionie paradował po mieście podczas telewizyjnego turnieju miast Ostróda-Iława „pan z telewizora”, popularny prezenter Eugeniusz Pach. Młodzież marzyła o kiczowatych i niepraktycznych, ale supermodnych jaskrawych kurtkach, nie wiadomo dlaczego nazywanych „szwedkami”. Zapinane na zamek błyskawiczny, miały charakterystyczny kołnierz-stójkę wykonany z bajeranckiej, kolorowej krajki. Z takiej samej krajki wykonane były też ściągacze przy rękawach.

W szafie eleganckiego ostródzianina wisiała elanobawełniana koszula non-iron, ze sztywnym i twardym, jak blacha z ruskiej konserwy, kołnierzem (do jego czyszczenia producent dołączał gratis specjalną gąbkę). W sklepach dostępne były tylko białe, ewentualnie – dla tych, którzy chcieli zaznaczyć swoją oryginalność – białe w bladoniebieskie prążki. Innych nie szyto. Taka koszula uchodziła za strój elegancki i wygodny w użytkowaniu, bo nie wymagała prasowania, a po upraniu schła około dziesięciu minut. Miała za to jedną poważną wadę – latem nie przepuszczała powietrza, a zimą zabierała ciepło. Po trzech, góra czterech praniach nieodwracalnie żółkła i – w przeciwieństwie do koszul bawełnianych, z których skrzętne i oszczędne gospodynie domowe robiły ściereczki do kurzu – nadawała się już tylko do wyrzucenia.

Niezbędnym dodatkiem do non-ironów były „śledzie”, czyli wąziutkie krawaty na gumce (kto by tam tracił czas na ich wiązanie). Najmodniejsze były te drogie, skórzane. Ale ten, jak na przykład ja, kogo nie było na nie stać, mógł zawsze kupić sobie na targowisku za niewielkie pieniądze wykonany z dermy erzac. O dzięki ci, polski rzemieślniku!

Ale tym, co naprawdę było wyjątkowe dla mody męskiej lat 60. i co w późniejszych dekadach nigdy już nie wróciło do łask, były buty bitelsówki. Deptali nimi koślawe ostródzkie chodniki zarówno nastoletni młodzieńcy, jak i panowie pod czterdziestkę. Czarne, na podwyższonym słupkowym obcasie, w modelu de luxe uzupełnione o bajerancki pasek z okazałą srebrną klamrą, koniecznie musiały mieć zadarty w górę, tępo zakończony nosek, czym przypominały średniowieczne ciżmy. Jak pisze profesor Jerzy Madeyski, polskie ciżemki, nazywane cracows, cieszyły się w mrokach wieków średnich wielkim powodzeniem w Anglii, dokąd hurtowo je sprowadzano. Historia zatoczyła koło i w kolorowych latach 60. teraz to my, ostródzcy eleganci, wzdychaliśmy do angielskiej myśli obuwniczej.

Oczywiście, bo jakże by inaczej, nasi obrotni szewcy natychmiast podjęli rodzimą produkcję. Bitelsówki, lub ich wariant z wydłużoną, sięgającą za kostkę cholewką, zwany rollingstonkami, można było kupić na ostródzkim targowisku. Ale największy ich wybór oferował olsztyński Koński Rynek na Zatorzu i to tam się po nie jeździło.

Z czasem nawet handel uspołeczniony miał bitelsówki w swoim asortymencie. Były dużo tańsze, ale – jak to z masową fabryczną produkcją bywa – to nie było to... Nie dość, że brakowało im duszy, to jeszcze trzeba było samemu, lejąc do środka denaturat, podginać w górę za mało podgięte noski i, co najważniejsze, podwyższać za mało podwyższone obcasy. Samodzielne flekowanie, było pracochłonne, ale tańsze od fachowej szewskiej roboty. Zresztą szewcy starej daty, a takich była w Ostródzie większość, buntowali się przeciwko takim wynaturzeniom („Nie podkuwam baranów”) i odmawiali usługi.

Z konieczności brało się zatem stare linoleum, wycinało z niego odpowiedniej wielkości fleki i nabijało na obcasy. Potem trzeba to było jeszcze opiłować pilnikiem, nadać odpowiedni skos, przybić blaszki i gotowe. Polak potrafi!

W takich butach można już było iść na prywatkę. Życie towarzyskie nas, młodych, było wtedy wątłe, odgórnie uporządkowane i mało intensywne. Ot, kilka potańcówek w szkole pod czujnym okiem wychowawcy, jakaś wycieczka klasowa, parę wyjść z chłopakami i dziewczynami do kina. W Ostródzie kina były dwa: skromne Piccolo i wypasiony, jak na tamte standardy, Świt, z miękkimi, wypełnionymi gąbką ceratowymi obiciami krzesełek. Premiery filmowe, na które warto było iść, zdarzały się rzadko, ale przecież chodziło się do kina, nie na film.

Za to prywatki, to już było coś! Na prywatce, bez dozoru rodziców (chata musiała być wolna), można było zaryzykować przytulenie się w tańcu do dziewczyny. Można było napić się cichaczem, wykradzionego z maminej spiżarni, wina własnej roboty. Można było nawet, ale to już rzadziej, bo wiecznie brakowało nam kasy, skosztować przyniesionej przez kogoś słodkiej wódki (popularne były śliwówka i cytrynówka w ćwiartkach). Dziewczyny, krzywiąc się, popijały kwaśne bułgarskie rieslingi.

******

Na prywatkach dodawaliśmy sobie męskości, ćmiąc w otwartych szeroko oknach – nawet przy dwudziestostopniowym mrozie – papierosy. Oczywiście te lepsze – Dukaty, Wawele, wyposażone w kartonowy ustnik Płaskie, czasem ktoś błysnął drogimi Belwederami lub Rarytasami, pierwszymi polskimi papierosami z filtrem. Bo na co dzień truliśmy się w szkolnych ubikacjach Giewontami, Mazurami, Grunwaldami i – the best of the best – sprzedawanymi w opakowaniach po 10 sztuk Sportami. Poczciwe, smrodliwe „sporciaki”, komu one przeszkadzały! Ktoś mi opowiadał, że w latach 80., na pewnym weselu, poczęstował sportem gościa z Niemiec. Ten, kiedy już skończył się krztusić i złapał oddech zapytał, gdzie można to cudo kupić? – „Bo narkomani u nas dadzą za nie każde pieniądze”. (…)

Prywatka była też forum dyskusyjnym, na którym omawialiśmy najnowsze wydarzenia kulturalne. Amerykańskie filmy, o których przeczytaliśmy w miesięczniku Film lub tygodniku Ekran, a których nie oglądaliśmy i nie spodziewaliśmy się prędko ich zobaczyć, ocenialiśmy przeczytane książki i analizowaliśmy trendy w modzie młodzieżowej. Lecz przede wszystkim słuchaliśmy muzyki. Późnym wieczorem, na falach średnich wielkich lampowych radioodbiorników z zielonym „magicznym okiem”, złapać można było Radio Luxemburg, dla nas, fanów big-bitu (tak nazywano wtedy w Polsce muzykę rockową) jedyną wyrocznię. Tej rozgłośni, w przeciwieństwie do Radia Wolna Europa i Głosu Ameryki, władza ludowa szczęśliwie nie zagłuszała. Słuchaliśmy też na falach długich w Programie Pierwszym Polskiego Radia audycji tworzonych dla młodzieży, w których – pomiędzy obowiązkową propagandową papką – oszczędnie dozowano najnowsze przeboje z Zachodu: Popołudnia z młodością, Studia Rytm i Rozgłośni Harcerskiej. Niektórzy z nas byli szczęśliwymi posiadaczami pierwszych szpulowych magnetofonów: czeskich Tesli, enerdowskich Szmaragdów, rodzimych Melodii (chodziły w dwie strony!), czy późniejszych Tonetek i licencyjnych Grundigów. Nagrywali na nie (głównie przez mikrofon, gdyż tamtejsze odbiorniki radiowe nie posiadały odpowiednich wyjść magnetofonowych) wyłapane w radiu muzyczne hity.



Najczęściej jednak muzykę odtwarzaliśmy z gramofonów, pośród których królowały legendarne dziś Bambina. Wirowały na nich zdarte do imentu, tysiące razy odsłuchiwane, nakładane na talerz tłustym paluchami płyty,: grube, sztywne i łatwo się łamiące longplaye, mniejsze „czwórki”, czasem single – rzadkość przywożona z Zachodu, albo za lichwiarską cenę kupowana w olsztyńskich lub warszawskich komisach.

Żadna płyta winylowa nie była w stanie zagrozić królowej prywatek, pocztówce dźwiękowej. Produkowano je na prymitywnym sprzęcie w małych zakładach rzemieślniczych, tłocząc na prostokącie z folii rowki pirackiego nagrania. Potem naklejano to coś na kolorową kartkę pocztową z jakimś widoczkiem lub bukietem kwiatów, robiono w środku dziurkę i pocztówka dźwiękowa była gotowa. Trzeszczało to niezmiernie, przeskakiwało, po kilkunastu odtworzeniach trzeba było obcinać pozaginane rogi, ale grało! Pożyczaliśmy je jeden od drugiego niczym bestsellerowe książki. Słuchało się do znudzenia ulubionych hitów Beatlesów, Rolling Stonesów, Animalsów czy Kinksów, domyślając się często nieczytelnych fragmentów.

A propos pocztówek dźwiękowych: pamiętam akcję pod kryptonimem „Jacek Lech”, którą przeprowadziliśmy pewnego razu z kumplami na ostródzkim targowisku. Targowisko, w mieście które nie miało swojego centrum, było głównym placem, na którym dwa razy w tygodniu, w dni handlowe, spotykali się mieszkańcy górnej i dolnej Ostródy. Nazywane rynkiem, usytuowane było pomiędzy ulicami Czarneckiego (dzisiaj Czarnieckiego), PKWN (obecnie Piłsudskiego) i Gdańską (teraz Jagiełły). To na nim rozstawiały swoje karuzele i strzelnice przyjeżdżające do nas co roku wesołe miasteczka. Chodziliśmy tam całą paczką, żeby spotkać się ze znajomymi, popatrzeć na ubrane w minispódniczki dziewczyny i – ogólnie – podelektować się jarmarczną atmosferą.

Któregoś lata rozłożyło tam swoje budy wesołe miasteczko ze szczególnie upierdliwym facetem obsługującym strzelnicę. W przerwach pomiędzy ładowaniem śrutu do wiatrówek, „puszczał” z gramofonu nagrania z pocztówek dźwiękowych, a miał ich wszystkich cztery: „Goniąc kormorany” Szczepanika, „Love me do” i „From me to You” Beatlesów, oraz „Bądź dziewczyną z moich marzeń” Jacka Lecha. Upodobał sobie szczególnie tę ostatnią. Mógł ją odtwarzać nawet trzy razy pod rząd. Zęby nas od tego bolały. Któregoś popołudnia, kilku z nas zagadało strzelnicowego, a kolega Kimon podmienił mu „dźwiękówkę” Jacka Lecha na identycznie wyglądającą z „Ostatnią niedzielą” Mieczysława Fogga (...)

Włodzimierz Godlewski - Moje kolorowe lata sześćdziesiąte (fragment książki „Nie tylko miasto… Ostróda i jej jubileusze w 2014 roku”). W artykule wykorzystano fotografie z archiwum Romualda Aramowicza.

BLOG COMMENTS POWERED BY DISQUS
zgoda
Ta strona używa plików cookie w celu usprawnienia i ułatwienia dostępu do serwisu. Dalsze korzystanie z tej witryny oznacza akceptację tego stanu rzeczy.
Możesz samodzielnie decydować o tym czy, jakie i przez jakie witryny pliki cookie mogą być zamieszczana na Twoim urządzeniu. Przeczytaj: jak wyłączyć pliki cookie. Szczgółowe informacje na temat wykorzystania plików cookie znajdziesz w Polityce Cookie.