Katyński ślad w Ostródzie

Historia
Typography

Pod koniec 1947 roku sytuacja polityczna w Ostródzie zaczynała się stabilizować po myśli ówczesnych władców Polski. „Po klęsce wyborczej mikołajczykowskiego stronnictwa i wspierającego go obozu reakcji, jak też po uchwaleniu przez Sejm 22 lutego 1947 roku ustawy o amnestii nastąpiła poprawa stanu bezpieczeństwa w powiecie. Podziemie rozbito i zlikwidowano. Polska Partia Robotnicza umocniła swą pozycję partii hegemonistycznej.” – jak napisał z satysfakcją Antoni Sołoma (Ostróda. Z dziejów miasta i okolic. Pojezierze. Olsztyn 1976).

W Ludowym Wojsku Polskim następowała wymiana kadry dowódczej. Powracających na Wschód komandirów zastępowali polscy oficerowie. Jesienią 1947 roku, w miejsce odwołanego do Moskwy pułkownika Lisowskiego, obowiązki dowódcy jednostki wojskowej 3607, czyli stacjonującego w ostródzkich „czerwonych koszarach” 53 pułku piechoty, objął tymczasowo dowódca I-go batalionu kapitan Marian Błażejczyk. Wiosną 1948 roku ten młody, ale już doświadczony żołnierz frontowy, był świadkiem przedziwnych wydarzeń, które opisał na łamach Tygodnika Demokratycznego (Nr 43 z 22 października 1989 r.). Po 42 latach milczenia! Wydarzenia te – jak stwierdził – zostały bowiem objęte ścisłą tajemnicą wojskową szczególnej wagi, wszelkie zaś ich materialne przejawy, w tym także osoby występujące w nich w głównej roli – błyskawicznie usunięto przez dywizyjną służbę informacji wojskowej w ciągu jednej nocy.

Relacja Błażejczyka nie jest rozprawą historyczną, autor nie pamięta dokładnych dat, imion i niektórych nazwisk, w tym tego najważniejszego, ale – paradoksalnie – to właśnie uwiarygodnia jej autentyczność. W prostych, żeby nie powiedzieć „żołnierskich” słowach zapisał po prostu to, co zapamiętał z tamtej zimnej, marcowej nocy i co przez przeszło czterdzieści lat nie dawało mu spokoju. Dlatego, kiedy już było można, postanowił wydarzenia te upublicznić.

Zabito człowieka?

Późnym wieczorem oficer dyżurny pułku poinformował go telefonicznie, że grupa podoficerów zabiła cywila. Sprawców ujęto, ciało denata złożono w izbie chorych. Błażejczyk dość precyzyjnie, na dwie, trzy minuty określa czas, jaki zajęło mu przebranie się w mundur i dotarcie do koszar (kwaterował przy ówczesnej ulicy Świerczewskiego, obecnie Grunwaldzkiej, pod nr 26). Na miejscu okazało się, że domniemana ofiara żyje, jest tylko dotkliwie pobita. Obecny w lazarecie lekarz pułku, porucznik Jerzy Koper, stwierdził złamanie kilku żeber, nosa i wybicie wszystkich przednich zębów. Nie wykluczył także obrażeń wewnętrznych, ale te mógł zdiagnozować dopiero nazajutrz, po odzyskaniu przez pobitego przytomności. I wytrzeźwieniu, gdyż był on w sztok pijany. Radził też wstrzymać się do jutra z ewentualną decyzją o przewiezieniu poszkodowanego do szpitala dywizyjnego w Olsztynie, dlatego wspólnie zadecydowali o przeniesieniu ofiary pobicia do jej mieszkania.

W świetle późniejszych wydarzeń najlepszym wyjściem byłoby niewątpliwie przetransportowanie sponiewieranego mężczyzny do cywilnego szpitala w Ostródzie. Tam bowiem, być może, nie sięgałyby macki informacji wojskowej. To jednakże nie wchodziło w rachubę z dwóch powodów. Po pierwsze, w 1948 roku dzisiejsza chluba powiatu była szpitalem tylko z nazwy. Jedynym lekarzem był emerytowany ginekolog dr Nepomucki, brakowało pielęgniarek, leków i podstawowego wyposażenia. Najsprawniejszym lekarzem w okolicy był w tym czasie właśnie porucznik Jerzy Koper. Po drugie kapitan Błażejczyk we własnym interesie wolał nie nadawać sprawie rozgłosu, gdyż wypełniała ona znamiona wypadku nadzwyczajnego, o jakim trzeba było złożyć specjalny meldunek do najwyższego dowództwa, w tym do ministra obrony narodowej. A kto dobrowolnie kładzie głowę pod topór?

Podoficerowie uzgadniają dziwną linię obrony

Przesłuchanie pięciu sprawców pobicia, przebywających w celi podoficerskiej garnizonowego aresztu odłożono do rana dnia następnego. Byli bowiem oni – jak to się eufemicznie określa – w stanie znacznego upojenia alkoholowego. I od tego momentu zaczynają dziać się rzeczy zdumiewające. Oddajmy głos kapitanowi Marianowi Błażejczykowi: Nazajutrz, jeszcze przed apelem porannym, ponownie odwiedziłem areszt. Podoficerowie byli już trzeźwi, nie wypierali się swego czynu i oświadczyli mi, że tak postąpili w obronie godności Związku Radzieckiego. Wyjaśnili, iż pobity, z którym razem pili alkohol w kantynie podoficerskiej na jego koszt, oskarżył Związek Radziecki o mordowanie polskich oficerów, musieli więc zareagować.

To był pierwszy szok dla młodego oficera frontowego. Dwóch spośród podoficerów dobrze znał, służyli pod jego rozkazami w I batalionie piechoty. Wiedział, że przelewanie cudzej krwi w obronie zbrukanego honoru ZSRR daleko wykracza poza ich skalę wartości. Poza tym był pewien, że cała piątka zdążyła już uzgodnić między sobą zeznania, dlaczego tylko wybrali taką właśnie linię obrony? Najbardziej jednak wstrząsnęło nim to, co kilkadziesiąt minut później usłyszał z ust samego poszkodowanego. Ale o tym za chwilę.

Kim była ofiara pobicia?

Kapitan Błażejczyk znał z widzenia ofiarę pijackiej burdy. Pojawiał się on bardzo często na terenie pułku, odwiedzając ówczesnego dowódcę, rosyjskiego pułkownika Lisowskiego, bywał też na wszystkich oficjalnych obchodach świąt państwowych: 1 maja, 22 lipca, rocznicę Rewolucji Październikowej, rocznicę bitwy pod Lenino, rocznicę urodzin Józefa Wissarionowicza, itp., zawsze w towarzystwie I sekretarza Komitetu Powiatowego Polskiej Partii Robotniczej, byłego członka Komunistycznej Partii Polski Zygmunta Kowalczyka, ówczesnego starosty powiatowego Feliksa Antoszkiewicza i oficera informacji wojskowej por. Józefa B. Darzony był przez nich wyraźnym szacunkiem, z respektem słuchali tego, co do nich mówił. W swojej relacji Błażejczyk opisuje również jego wygląd, wydaje się jednak, że charakterystyka ta - wielce subiektywna - wynika z odrazy, jakiej później do niego nabrał: był brzydki, z lekkimi śladami ospy na twarzy, z wyrazem jakiejś tępoty w oczach, w wieku ponad pięćdziesięciu lat, z zachowaną jednak dość silną czarną czupryną, sfalowanych włosów. Wygląda to na wyraźną sugestię żydowskiego pochodzenia poturbowanego.

Opisując tło wydarzeń autor ani razu nie precyzuje miejsca zamieszkania tajemniczego cywila. Pisze tylko enigmatycznie o jakimś obiekcie przykoszarowym. Jednakże z późniejszych jego słów, kiedy przy innej okazji wspomina o fotografii wykonanej w tym obiekcie na sali, gdzie odbywały się akademie wojskowe i zabawy podoficerskie, wnioskować można, że chodzi tutaj o spalone w połowie lat 70. kino „Piccolo” i Powiatowy Dom Kultury. Piętro tego budynku przeznaczone było w owym czasie na mieszkania dla rodzin oficerskich. Jak widać, nie tylko.

Kapitan Marian Błażejczyk już następnego dnia odwiedził niedoszłego denata w jego mieszkaniu. Oto co z tej wizyty zapamiętał.

Wyznania mordercy

Pobity leżał w łóżku, już całkowicie przytomny, z widocznymi jednak śladami obrażeń, z opuchniętą twarzą, zwłaszcza nosem i ustami. Prosił mnie usilnie abym poświęcił mu trochę czasu i wysłuchał jego zwierzeń..(…) Następnie prosił mnie, aby nie karać sprawców pobicia, wyjaśniając samokrytycznie, że sam sobie zawinił, zwierzył im się bowiem ze swojej tajemnicy z lat 1939-41. Pobity, choć mówił z trudem, wyjaśnił mi, że przed wojną był członkiem Komunistycznej Partii Polski, że wiele lat spędził w więzieniach (w tym w Berezie Kartuskiej) i wyjeżdżał kilkakrotnie na kursy partyjne do ZSRR. W relacjach tych z nieukrywaną nienawiścią wyrażał się o przedwojennej Polsce, zwłaszcza zaś – jak to określił – o przedwrześniowych oficerach burżuazyjnych, którzy przed wojną także go przesłuchiwali (chodziło prawdopodobnie o oficerów kontrwywiadu) w sposób, ,jak mówił, niezwykle brutalny (kopali go m.in. w jądra). W 1939 roku przedarł się przez ówczesną niemiecko–radziecką granicę, wstąpił do służby w NKWD i pełnił ją w obozach dla polskich oficerów w Kozielsku i innych miejscach, gdzie był pisarzem i tłumaczem, a przede wszystkim wykonywał różne zadania ewidencyjno-kancelaryjne. Pochwalił się, że osobiście brał udział w likwidacji polskich oficerów w Katyniu, nie ukrywając, że robił to z najwyższą satysfakcją i dodając, że zrobiłby to samo i dzisiaj, wiedząc, że w pułku jest takich kilku znienawidzonych przez niego sanacyjnych oficerów.(…)

Opowiadał dalej, że po likwidacji oficerów w Katyniu służył nadal w NKWD, aż do utworzenia dywizji im, T. Kościuszki, dokąd został z urzędu skierowany. Otrzymał nominację na podporucznika (w NKWD miał stopień starszyny) i był dowódcą dywizyjnego plutonu żandarmerii. Tam wszakże został po pewnym czasie postawiony przed sądem wojskowym i zdegradowany do stopnia szeregowca za zastrzelenie służącego w polskim wojsku, pijanego pułkownika radzieckiego. (…) Sąd uznał, że przekroczył granice obrony koniecznej, że wystarczyło postrzelić uzbrojonego w pistolet i grożącego nim napastnika.

Nikt tutaj nie nigdy nie mieszkał

Rozmawiali wtedy ze sobą po raz ostatni. Nazajutrz rano kapitan Błażejczyk ponownie wdrapał się po skrzypiących, drewnianych schodach na piętro budynku. Zastał tam puste, dokładnie wyczyszczone z wszelkich mebli mieszkanie. Na ścianach widniały jedynie ślady po zdjętych obrazkach. W sypialni stał szeroko uśmiechnięty, z nieodłącznym papierosem w zębach, porucznik informacji wojskowej, Józef B.

- O! Serdecznie witam z rana! Czyżby towarzysz kapitan szukał sobie mieszkanka na kwaterę? – zagaił wesoło.

- Nie… Przyszedłem dowiedzieć się o zdrowie tego pobitego lokatora.

- Kogo? Przecież tutaj nikt nie mieszka. Oj, musiał sobie towarzysz coś golnąć do śniadanka. Nieładnie, towarzyszu, nieładnie!

Błażejczyk nie ukrywał zdumienia.

- Ale przecież byłem tutaj wczoraj… Rozmawiałem z nim… Te ślady na ścianach…

Józef B. spoważniał.

- Nigdzie towarzysz nie był i nikogo nie widział – powiedział, cedząc słowa. – Tutaj nikt nigdy nie mieszkał, rozumiemy się? Niech towarzysz kapitan zapamięta to sobie raz na zawsze! We własnym interesie. Nikt tutaj nigdy nie mieszkał! – powtórzył i szybko zbiegł po schodach.

Areszt również okazał się pusty. Profos zameldował Błażejczykowi, że aresztowani zostali zwolnieni jeszcze w nocy na ustne polecenie oficera informacji. Wszyscy otrzymali rozkazy wyjazdu do dowództwa 15 dywizji piechoty w Olsztynie. Ich również kapitan Marian Błażejczyk więcej już nie spotkał.

Po trzech dniach natknął się za to porucznika Józefa B.

- O, towarzysz kapitan! Dawnośmy się nie widzieli! Będzie chyba z miesiąc, albo i lepiej, co? – zawołał z uśmiechem.

- No tak, dopiero dzisiaj wróciłem z miesięcznego urlopu – wykazał się refleksem Błażejczyk.

Kto wie, może riposta ta zaoszczędziła mu jeszcze poważniejszych kłopotów. Bo całe zdarzenie na pewno nie pomogło w dalszej karierze wojskowej. Marian Błażejczyk zwolniony został z wojska w 1951 roku w stopniu majora. Jak widać, nie awansował zbyt wysoko. Po kilkunastu latach, już jako profesor w Instytucie Państwa i Prawa PAN otrzymał awans na podpułkownika.

Kim był tajemniczy cywil, pobity przez młodych patriotów?

Tego z pewnością już się nie dowiemy. Zbyt wiele lat upłynęło od incydentu z marca 1948 roku. Musiał jednak być kimś znaczącym wśród sługusów bolszewickiego reżimu. Trzykrotnie – jak sam się chwalił – zmieniano mu nazwisko (ostatni raz po nieudanym zamachu na jego życie na warszawskiej Pradze w 1945 roku, gdzie pracował jako wysoki funkcjonariusz Urzędu Bezpieczeństwa Publicznego i skąd został potajemnie wywieziony do Ostródy). Kuriozalny jest wyrok sądu wojskowego w sprawie zastrzelenia sowieckiego pułkownika. Ktoś inny za taki czyn stanąłby oko w oko z plutonem egzekucyjnym, jemu zaś odebrano zaledwie szlify oficerskie. O jego mrocznej przeszłości z pewnością musieli wiedzieć ówcześni bonzowie partyjni z Ostródy. Stąd podszyta strachem atencja, jaką darzyli tego oprawcę, stąd honory oddawane mordercy. Ot, symptom czasów utrwalania władzy ludowej na tzw. „ziemiach odzyskanych”.

Warto w tym miejscu również podkreślić, że prawda o zbrodni katyńskiej była w 1948 roku szerzej znana wśród społeczeństwa niż później, po latach indoktrynacji przez komunistyczna propagandę. Dlatego tajemniczy oprawca z Katynia może mówić o dużym szczęściu, że spotkanie z młodymi podoficerami (prawdopodobnie wcielonymi do Ludowego Wojska Polskiego prosto z partyzantki) skończyło się tylko na złamanym nosie i wybitych zębach. Może, gdyby byli mniej pijani...

Minęło przeszło 60 lat. Większość uczestników i świadków tamtych wydarzeń z pewnością już nie żyje. Żyją jednakże dzieci i wnuki żołnierzy, którzy po ukończeniu służby wojskowej postanowili osiedlić się w Ostródzie. Może coś pamiętają ze wspomnień swoich rodziców czy dziadków. Jeśli tak, prosimy o kontakt z naszą redakcją, a do tematu z pewnością wrócimy.

BLOG COMMENTS POWERED BY DISQUS
zgoda
Ta strona używa plików cookie w celu usprawnienia i ułatwienia dostępu do serwisu. Dalsze korzystanie z tej witryny oznacza akceptację tego stanu rzeczy.
Możesz samodzielnie decydować o tym czy, jakie i przez jakie witryny pliki cookie mogą być zamieszczana na Twoim urządzeniu. Przeczytaj: jak wyłączyć pliki cookie. Szczgółowe informacje na temat wykorzystania plików cookie znajdziesz w Polityce Cookie.