Ostróda pod rządami nazistów. Wspomnienia profesora Armina Mrucka

Historia
Typography

Urodziłem się i wychowałem w Osterode Ostpreussen. Mimo, iż opuściłem to miasto w 1945 roku, wciąż uważam je za swoją prywatną ojczyznę, dom rodzinny. Dzięki propozycji złożonej mi przez "Rozmaitości Ostródzkie", po raz kolejny wracam myślami nad Jezioro Drwęckie, by spisać to, co zostało w pamięci po dawnej Ostródzie.

Osterode przed wojną

Moje pierwsze wspomnienia sięgają lat trzydziestych dwudziestego wieku. Był 30 stycznia 1933 roku – niezwykle mroźny dzień. Tafla jeziora Drwęckiego pokryta była lodem i dzięki temu każdą wolną chwilę spędzaliśmy jeżdżąc na łyżwach. Żaden z nas, kilkuletnich wtedy chłopców, nie przywiązywał zbytniej wagi do przenikliwego zimna, w myślach mając jedynie gorący piec, przy którym wkrótce będzie mógł się ogrzać.

Pamiętam, że tego dnia nie wróciłem prosto do domu. Zgodnie z poleceniem matki poszedłem do mieszkania sąsiadów, którzy zajmowali się mną pod nieobecność rodziców. Było to dość zamożne małżeństwo – o ich wysokim statusie świadczyć mogło chociażby posiadanie radioodbiornika. To właśnie u nich, pijąc gorącą herbatę, wysłuchałem ekscytującej relacji z Berlina.

W stolicy Rzeszy, pod Bramą Brandenburską, trwała właśnie parada z pochodniami. Nazistowskie bojówki i rozentuzjazmowany tłum berlińczyków świętowali dojście Hitlera do władzy. Będąc kilkuletnim chłopcem, nie do końca rozumiałem, o co tak naprawdę chodzi, ale intuicja podpowiadała mi, że wiadomości docierające ze stolicy były niezwykle ważne. Z tego co wiem, mieszkańcy Ostródy nie bardzo przejęli się sukcesją führera.

Kolejnym wspomnieniem z lat trzydziestych jest pobyt prezydenta Rzeszy Paula von Hindenburga w ówczesnym Kühl Hotel. Miałem okazję ujrzeć wtedy, jak mocno staremu już Hindenburgowi problem sprawiło wdrapanie się na dosłownie kilka stopni prowadzących do hotelu. Zdziwiłem się, kiedy podczas ostatniego pobytu w Ostródzie dowiedziałem się, że stary poczciwy Kühl nosi teraz imię niemieckiego prezydenta. To jeden z wielu dowodów na to, że dzisiejsi mieszkańcy Perły Mazur nie mają żadnego problemu z uznaniem niemieckiej przeszłości swojego miasta.

Ale wracając do Hindenburga – zatrzymał się on w Ostródzie podczas swojej podróży do Narodowego Muzeum Pamięci pod Olsztynkiem. Działo się to krótko przed jego śmiercią. Pogrzeb prezydenta w Mauzoleum Hindenburga (Tannenberg-Denkmal) był narodowym wydarzeniem.

Właśnie wtedy miałem okazję zobaczyć „na żywo” Adolfa Hitlera, który przejechał przez Ostródę w odkrytej limuzynie. Kazano nam ustawić się wzdłuż ulic, którymi miał przejeżdżać i witać wodza nazistowskim pozdrowieniem. Jeżeli Hitler spodziewał się ciepłego powitania, musiał się rozczarować. Ostródzka młodzież nie pozdrawiała go okrzykami, wręcz przeciwnie, panowała martwa cisza – wszyscy tylko wpatrywali się w führera, a on, co wyraźnie pamiętam, odwzajemniał im gniewne spojrzenia.

Równie dobrze pamiętam huczne obchody 600-lecia miasta, kiedy wokół zabytkowego rynku ustawiono makiety XIV-wiecznych bram wjazdowych. Ostródzianom przypominano o krzyżackich korzeniach ich miasta, które w krótkim czasie stało się ważnym ośrodkiem administracyjnym – komturią. Zabrakło za to odniesień do słowiańskiej przeszłości regionu. Zupełnie pominięto np. Bitwę pod Grunwaldem, która do dziś uznawana jest za jedną z największych klęsk niemieckiego oręża.

Ważnym wydarzeniem było dla mnie pójście do szkoły w 1935 roku. Wtedy to rozpocząłem naukę w Kaiser Wilhelm Gymnasium, które mieściło się w gmachu zajmowanym dziś przez Liceum Ogólnokształcące im. Jana Bażyńskiego. Doskonale pamiętam, z jaką dumą nosiłem brązową czapkę, atrybut pierwszoklasisty. Każdy rok miał własne, kolorowe nakrycie głowy – zwyczaj ten znieśli naziści, podobnie jak zmienili nazwę KWG na Szkołę Wilhelma.

W budynku przy ulicy Drwęckiej spędziłem osiem lat. Zgodnie z humanistycznym profilem szkoły, łacina była tam pierwszym nauczanym językiem – kolejnymi były angielski i francuski, bądź greka i hebrajski.

Hitlerowcy, bardziej niż na naukę, stawiali na rozwój tężyzny fizycznej uczniów. Zwiększono liczbę zajęć wychowania fizycznego. Program obejmował pięć godzin tygodniowo, podczas których trenowaliśmy piłkę nożną, ręczną, siatkówkę, gimnastykę, sporty wodne i boks. Kadra pedagogiczna Gimnazjum różniła się politycznie – byli i nacjonaliści starej daty (niektórzy walczący jeszcze podczas pierwszej wojny światowej), i oddani humaniści, i konserwatyści, było też kilku członków NSDAP.

Choć czasy były ideologiczne, nie pamiętam, żeby w szkole jakoś specjalnie nas indoktrynowano. Funkcję tę przejęło Hitlerjugend, którego zbiórki odbywały się dwa razy w tygodniu. Ilość czasu, jaką musieliśmy spędzać na zbiórkach zależała od tego, co mieliśmy robić. Organizowano marsze, biwaki, gry wojenne i sportowe oraz pogadanki o życiu Hitlera i historii nazizmu.

Jednym z wydarzeń, jakie absorbowały uwagę ostródzian w 1936 roku, były letnie Igrzyska Olimpijskie w Berlinie. Do dziś mam zdjęcie rodzinne, na którym trzymam Berliner Illustrierte otwarty na stronie ze złotym medalem w boksie wagi ciężkiej. Zorganizowane przez Hitlera Igrzyska miały zaprezentować światu wyższość rasy aryjskiej. Nie udało się. Fałszywość nazistowskich teorii rasowych potwierdziła ogromna popularność czarnoskórego sprintera, multimedalisty Jessego Owensa.

Olimpiada w Berlinie, mimo wszystko, umocniła pozycję Hitlera. Również ostródzianie dali się uwieść jego szatańskiemu urokowi. Zwykłym ludziom podobała się mocarstwowa polityka zagraniczna oraz dokonania w polityce wewnętrznej, m.in. nakaz pracy (a tym samym likwidacja bezrobocia), remilitaryzacja Nadrenii, czy włączenie do Rzeszy Austrii.

Mieszkańcy Ostródy byli dumni z żołnierzy stacjonujących w trzech tutejszych koszarach. Ostróda była miastem wojskowym. Przynajmniej raz w roku bramy koszar otwierały się dla zwiedzających, którzy mogli obejrzeć najnowszy sprzęt, podziwiać parady lub wysłuchać koncertu wojskowej orkiestry. Koszarowe sale gimnastyczne pod wieczór stawały się parkietami tanecznymi. Ludzie byli nieświadomi tego, że naziści już wkrótce zaprowadzą ich na skraj przepaści.

Wszystko zmieniło się późnym latem 1939 roku. Niemieckie rozgłośnie radiowe donosiły o okrucieństwach wobec niemieckiej mniejszości w Polsce. Informowano o uzasadnionych żądaniach wobec polskich władz. Niemcy chcieli zwrotu Gdańska i utworzenia eksterytorialnego korytarza łączącego tereny Rzeszy. Pamiętam, że obywatelom Niemiec zabraniano słuchać Radia Warszawa, które nieustannie donosiło o hitlerowskich aktach przemocy.

Gdy mojego ojca i miliony innych mężczyzn powołano do Wehrmachtu, stało się jasne, że świat zmierza ku kolejnej wielkiej wojnie. W nocy z 31 sierpnia na 1 września 1939 roku odwiedził nas nieoczekiwanie mój kuzyn i oznajmił, że jego jednostka jest gotowa wkroczyć do Polski wczesnym rankiem. Był smutny i zrezygnowany. Przeczuwał, że zbliża się nieuchronne.

Wojna

Ostródzianie, z których wielu doświadczyło okrucieństw pierwszej wojny światowej,nie byli przygotowani na kolejną wielką wojnę. Ja, młody wówczas człowiek, również. 1 września 1939 roku syreny alarmowe zagoniły nas do schronów. Biegnąc patrzyliśmy w niebo. Niektórzy widzieli podobno polskie samoloty, ale ja widziałem tylko kolumny niemieckich maszyn, zmierzających w zwartym szyku nad Polskę. Wiedziałem, że się zaczęło, lecz przez myśl mi nie przeszło,jak bardzo ta chwila zmieni moje życie. Jak bardzo zmieni życie milionów.

Niemcy szybko zdobyły Polskę i wszyscy mieli nadzieję, że nie dojdzie do kolejnej wielkiej wojny. Jedynymi oznakami walk, jakie docierały wtedy do nas, były transporty jeńców i rannych żołnierzy Wehrmahtu, zatrzymujące się na ostródzkim dworcu. Poza tym, wszystko zdawało się funkcjonować normalnie. Kursowały pociągi, nie brakowało żywności, otwarte było kino i teatr, a w szkołach, po krótkiej przerwie, znów rozpoczęły się lekcje. Swoją działalność kontynuowało Hitlerjugend. Tylko listonosz zyskał na znaczeniu i statusie.

Z biegiem czasu stawało się jasne, że wojna nie skończy się tak szybko, jak wszyscy oczekiwaliśmy. Młodych mężczyzn wcielano do Wehrmahtu, wysyłano na odległe fronty, a ich rodziny odcinano od wszelkiej informacji. Wiele z listów wysłanych na front wracało do nadawcy z krótką adnotacją: „Adresat poległ w walce za Führera, Naród i Ojczyznę”. Gazeta Osteroder Zeitung drukowała coraz więcej nekrologów. Zginął również mój brat, żołnierz Luftwaffe, zestrzelony gdzieś nad Norwegią.

W Kaiser Wilhelm Gymnasium zaczynało brakować nauczycieli, zmniejszyła się też liczebność starszych klas. Wielu uczniów zgłaszało się na ochotnika do wojska, ponieważ dzięki temu mogli wybrać rodzaj jednostki, w której będą służyć. Wszyscy chcieli uniknąć wcielenia do piechoty. I tak, do klasy maturalnej dotarło nas tylko pięciu. Nigdy nie zapomnę dnia, w którym odebrałem swoje świadectwo maturalne – 5 marca 1943 roku – tego samego dnia dotarła do nas wiadomość o śmierci mojego brata.

Poza często spotykanymi rodzinnymi dramatami, życie w Ostródzie toczyło się normalnie. W 1942 roku, jako piętnastoletni młodzieniec, zacząłem uczęszczać do szkoły tańca. Podczas gdy żołnierze z całej niemal Europy wykrwawiali się na frontach, my uczyliśmy się walca, tanga i polki.

Chodząc na tańce poznałem wiele dziewcząt i tak, wojna stała się dla mnie czasem pierwszej młodzieńczej miłości. Kwieciste łąki, błyszczące jeziora i ciemne lasy stanowiły doskonałą scenerię do długich spacerów z wybranką. Szkoła, spacer, taniec – podobny rozkład dnia miało wielu moich rówieśników. Oczywiście dochodziły do tego zbiórki Hitlerjugend, ale one wcale nie były dla nas ważne. Po klęsce pod Stalingradem zakazano tańców. Można było tańczyć jedynie w prywatnych domach, ale i tak nikt nie był w tanecznym nastroju.

Niemcy zaczęły przegrywać wojnę i choć władze starały się bagatelizować znaczenie jednej bitwy, ludzie przekonali się, że hitlerowska armia nie jest wcale niepokonana. Ja i moi rówieśnicy zaczęliśmy poważnie myśleć o przyszłości. Domyślaliśmy się, że może nas czekać kara za grzechy naszej ojczyzny. Nie umieliśmy jasno odpowiedzieć na pytanie, co będzie dalej, wiedzieliśmy tylko, że nasza młodość jest tu i teraz, że musimy się nią cieszyć dziś, bo jutro jest niepewne.

Pod koniec 1943 roku zostałem wcielony do oddziałów inżynieryjnych Wehrmahtu. Po odbyciu służby w Płocku oraz kilku miastach okupowanej Francji, powróciłem na trzy tygodnie do Ostródy, by obserwować koniec jej niemieckiej historii. W piątym roku wojny miasto pozostawało oazą spokoju. Żadnych nalotów, ani ostrzału, doskwierały nam jedynie braki w żywności. Nieopodal Wieży Bismarcka zaczęto organizować potańcówki. Jak na Titanicu, orkiestra grała do końca.

Armin Mruck, Rozmaitości Ostródzkie 2008

Armin Mruck jest profesorem historii, rodowitym ostródzianinem, obywatelem Stanów Zjednoczonych pochodzenia niemieckiego. W Ostródzie spędził pierwsze osiemnaście lat życia. Od 1955 roku mieszka w Baltimore (stan Maryland), gdzie wykłada historię na kilku uniwersytetach, przede wszystkim na Towson University of Maryland.

BLOG COMMENTS POWERED BY DISQUS
zgoda
Ta strona używa plików cookie w celu usprawnienia i ułatwienia dostępu do serwisu. Dalsze korzystanie z tej witryny oznacza akceptację tego stanu rzeczy.
Możesz samodzielnie decydować o tym czy, jakie i przez jakie witryny pliki cookie mogą być zamieszczana na Twoim urządzeniu. Przeczytaj: jak wyłączyć pliki cookie. Szczgółowe informacje na temat wykorzystania plików cookie znajdziesz w Polityce Cookie.