Ostróda płonie, czyli o szkodliwości warzenia piwa

Historia
Typography

Czy może być coś wspanialszego nad bursztynową świetlistość i krystaliczną przejrzystość, nad perlistość piany, nad tę woń jęczmienną i goryczkę chmielową, drażniącą zmysłowo gardło? Czyż może być coś lepszego od dobrego piwa? Zapewne są takie rzeczy, ale z całą pewnością nie jest ich wiele.

Bywają jednak piwa złe. Takim napitkiem było przed wiekami piwo ostródzkie, przez swą wodnistość i posmak blekotu nazywane „Dünnebacken”, cienkusz w najpodlejszej swej postaci. Warzenie tego piwa stało się przyczyną pewnego dramatycznego wydarzenia, które miało miejsce 21 lipca 1788 r. Kto wie, może za całą sprawą stała zemsta jakiegoś piwnego bożka, który nie mogąc znieść naigrywania się ze sztuki piwowarskiej, postanowił przykładnie ukarać Ostródę?

Cóż się jednak wonczas zdarzyło?

Wczesnym popołudniem bardzo upalnego dnia, w poniedziałek 21 lipca 1788 r. około godziny 13.30, gdy wszyscy mieszkańcy Ostródy kryli się w cieniu lub pławili w jeziorze, miastem wstrząsnął rozpaczliwy krzyk: „Pali się!!!”

Ogień rozprzestrzeniał się błyskawicznie. W przeciągu 2,5 godziny całe miasto spłonęło doszczętnie. Przerażeni ostródzianie opuszczali płonące domy w panice, bez jakichkolwiek szans na stłumienie pożaru. W tym czasie Ostróda dysponowała jedynie dwoma sikawkami, w tym jedna pozbawiona była kół. Na dodatek gaśnice stały od roku wprost na placu rynkowym, wyprowadzone ze zrujnowanego domu gaśniczego. Sprawna sikawka spłonęła zaraz na początku pożaru, miasto zatem pozostało bez możliwości przeciwstawienia się żywiołowi.

Kulminacja paniki nastąpiła w drugiej godzinie pożaru, gdy ogień dotarł do zamku i spowodował eksplozję cetnara prochu zgromadzonego w piwnicach wschodniego skrzydła warowni. Proch był własnością kirasjerów z regimentu von Rosenbruch, których w sile szwadronu w 1780 r. sprowadzono do Ostródy, nadając tym samym miastu status garnizonu. Ogromny wybuch spowodował zniszczenie zachodniej linii murów miejskich.
Fruwające w powietrzu płonące żagwie spadały na łodzie rybackie, przenosząc pożar na całe nabrzeże Jeziora Drwęckiego. Żar był tak wielki, że kamienie bruku w okolicy ratusza nadtopiły się i zeszkliły.

Dopiero późnym wieczorem dotarła do Ostródy pomoc z sikawkami z Miłomłyna i Morąga. Dzięki temu udało się uratować przedmieścia Łazienne i Fiugajny, między innymi budynki garbarni i farbiarni (okolice dzisiejszej ulicy Olsztyńskiej między ulicami Pułaskiego i Mickiewicza) i dawną  „Wolę Zamkową” (tereny zajęte obecnie przez zabudowania Urzędu Miasta, banku BGŻ i Miejskiego Ośrodka Pomocy Społecznej).

W pożarze zginęło wprawdzie tylko czworo mieszkańców (niektóre źródła podają pięć ofiar), ale większość z 1539 ostródzian została bez dachu nad głową, bez jakiegokolwiek dobytku. Ponad tysiąc ostródzian opuściło zgliszcza i osiadło w Ornowie, Kajkowie i Tyrowie, do Miłomłyna przeniosło się 26 rodzin. Ogień pochłonął 169 domów, zrujnował kościół i zamek.

Tzw. „kościół polski” ocalał z pożaru, ale jego kaznodzieja, zamiast zająć się organizowaniem pomocy ofiarom kataklizmu, zebrał swoje tobołki i wyniósł się czym prędzej do swego filialnego kościoła w Ornowie. Szwadron kirasjerów przeniósł się zrazu do Miłomłyna, ale jako że miasteczko przyjęło już wcześniej wiele rodzin pogorzelców, kirasjerzy nie mogli znaleźć dla siebie kwater i koniec końców wywędrowali na stałe do Olsztyna.

Jak jednak doszło do tragicznego pożaru i co ma wspólnego z tym dramatem tytułowe warzenie piwa?

Na wschód od zamku, w rejonie obecnego budynku Szkoły Muzycznej, znajdował się tzw. Malzhaus czyli miejska słodownia, w której przygotowywano słód jęczmienny do produkcji piwa. Ostródzki słodownik, niejaki Martin Bergmann, przez nieostrożne obchodzenie się z żarem zaprószył ogień, który – wędrując po słomianych dachach – błyskawicznie się rozprzestrzenił.

Po ugaszeniu pożaru słodownika schwytano w pobliskich Cierzpiętach i 23 lipca przetransportowano do Miłomłyna. Tam został postawiony przed ostródzkim sędzią Willutzkim, przesłuchany i po doraźnym procesie skazany na dwa lata twierdzy.
Przez pierwsze dni po pożarze Ostróda nie otrzymała żadnej pomocy rządowej. Jedynym gestem – jakby na drwinę – było przekazanie 6 nowych bosaków przez władze powiatu morąskiego, do którego należała wówczas Ostróda.

Prawdziwe wsparcie do zgorzałego miasta przyszło także z Morąga, za sprawą diakona Trescho, bliskiego znajomego morąskiego filozofa Johanna Herdera. Już 24 lipca wysłał on do swego przyjaciela w Königsbergu, pochodzącego z Ostródy diakona Krafta, list opublikowany następnie w formie apelu na łamach stołecznej gazety „Königlich Preussischen Staats-, Kriegs- und Friedenszeitungen”. Apel o pomoc dla pogorzelców spowodował lawinę prywatnych datków, z których zebrano 11333 talary. Apel diakona Trescho pobudził także do działania władze państwowe. Z publicznych środków przeciwpożarowych przekazano Ostródzie 31000 talarów, zaś król Fryderyk Wilhelm II dał dalsze 30000 talarów.

Mimo tej pomocy odbudowa miasta postępowała bardzo powoli. Jeszcze w 1791 r. Ostróda leżała w całkowitej ruinie, w 1792 r. poważnie rozważano zaniechanie odbudowy. Pierwsi nieliczni mieszkańcy powrócili do miasta dopiero w 1795 r.

6 września 1788 r. sporządzony został plan inwentaryzacyjny miasta pokazujący jego kształt sprzed lipcowego pożaru. Do planu dołączono zalecenia dotyczące odbudowy Ostródy, które znamy z zachowanych źródeł. Plan natomiast dotychczas nie został odnaleziony w żadnym archiwum, jedynym zatem znanym wizerunkiem miasta polokacyjnego jest panorama z połowy XVIII w. autorstwa Johanna Dewitza. Z czasów tuż po pożarze znane są poza tym dwa plany koncepcyjne odbudowy miasta. Pierwszy to tzw. plan Barkowsky’ego z września 1788 r., drugi to tzw. plan Schlegela/Titego z marca 1789 r.

Do odbudowy miasta po pożarze najpierw wykorzystano cegłę rozbiórkową z murów miejskich, ośmiu baszt i Bramy Łaziennej. Z tak pozyskanego budulca odbudowano 122 domy. Resztę zabudowy wzniesiono z cegieł wyprodukowanych w nowo założonej cegielni na folwarku Morliny.

Z pożogi ocalało w mieście sporo piwnic, które w przeciwieństwie do drewnianych domostw budowane były z kamieni i cegieł. Piwnice, których sklepienia nie zawaliły się, miały być nadal wykorzystywane, ale najciekawsze jest to, że zakazano nad zachowanymi piwnicami wznosić budynki, jeśli mogło to spowodować zagęszczenie zabudowy. Nadrzędną zasadą odbudowy Ostródy miało być rozluźnienie zabudowy – poszerzenie ulic, stosowanie symetrii w rozplanowywaniu parcel, a także przenoszenie budynków gospodarczych, bud i składów, na zewnątrz dawnej struktury miasta, na przedmieścia.

Malzhaus, od którego zaczął się pożar, a także wszystkie inne urządzenia browaru miejskiego przeniesiono nad Jezioro Drwęckie, w rejon dzisiejszego skweru obok budynku Żeglugi Ostródzko-Elbląskiej.

Tak oto nieprzewidziane skutki warzenia piwa dały w efekcie możliwości nieskrępowanego rozwoju Ostródy. Miasto, które wprawdzie niedługo potem nękane było przez Napoleona i epidemie cholery, dostało w zamian otwarcie na świat. I za to warto wychylić kufelek... Na zdrowie!

BLOG COMMENTS POWERED BY DISQUS
zgoda
Ta strona używa plików cookie w celu usprawnienia i ułatwienia dostępu do serwisu. Dalsze korzystanie z tej witryny oznacza akceptację tego stanu rzeczy.
Możesz samodzielnie decydować o tym czy, jakie i przez jakie witryny pliki cookie mogą być zamieszczana na Twoim urządzeniu. Przeczytaj: jak wyłączyć pliki cookie. Szczgółowe informacje na temat wykorzystania plików cookie znajdziesz w Polityce Cookie.